Polish (Poland)English (United Kingdom)
Start Relacje z imprez 2012 Antietam Creek - Sharpsburg 14-16 września 2012

Antietam Creek - Sharpsburg 14-16 września 2012

autor: Smednir

1Po kolejnej salwie Jankesów 70-letni staruszek w okopconej koszuli rozrzucił demonstracyjnie ręce i upadł z krzykiem przygniatając mnie do ziemi. Zszokowany z trudem się gramolę, chcę mu pomóc, ale wiem że jest za późno. Podnoszę jego dziurawy kapelusz i wraz z towarzyszami z drugiej linii odciągamy go od parkanu, a ja zajmuję jego miejsce. Stoję ramię w ramię ze szczerbatym sierżantem z pułku z Georgii. Opętańczym śmiechem wita mnie na pierwszej linii. Krzyczy coś, wskazując na zadymione wzgórza, nad którymi dumnie powiewają unijne sztandary. Niewiele widzę w kłębach dymu, który pokrył usłane ciałami pole, między nami a Jankesami. Jego słowa toną w tumulcie wystrzałów, huku armat, wrzasków umierających i ochrypłych podoficerów, którzy nadaremnie starają się utrzymać „battle line”. Po kolejnej salwie pułków z Pensylwanii nasze szeregi przerzedzają się jeszcze bardziej. Ktoś szarpie mnie za nogawkę, prosi o wodę. Chłopak ma nie więcej niż 20 lat, słomiany kapelusz, insygnia kaprala... Stał przy staruszku. Jego noga utknęła miedzy żerdziami ogrodzenia, jedynej naszej osłony przed morderczym ostrzałem federalnych. Nasi oficerowie bezradnie wymachują szablami, zdzierają gardła, to przeklinając nas, to błagając byśmy nie wstrzymywali ognia. Nasz batalion został wzmocniony świeżymi pułkami z Wirginii. Chłopcy stanęli za nami i okrzykami zagrzewają do walki.

Ktoś podniósł sztandar z Krzyżem Św. Andrzeja i zatknął na zdezelowanym płocie. Do naszych pozycji podjeżdża goniec generała z nowymi rozkazami dla pułkownika. 

Pada rozkaz: „Fire by brigade!”, szybko przekazywany przez oficerów liniowych wzdłuż całego naszego odcinka. Wszystkie pułki mają wstrzymać ogień i czekać na rozkaz od generała brygady. Porucznicy zbierają rozproszone kompanie. Uzupełniamy pierwsze szeregi, wzmacniamy belkami ogrodzenie, popijamy wodę z manierek… to jedna z nielicznych, być może ostatnich, chwil na złapanie oddechu.

Jankesi nie marnują czasu. Przegrupowali się, zwarli szyki. „They’re coming!”, ktoś wrzasnął. Setki żołnierzy w niebieskich mundurach równym krokiem schodzi ze wzgórza. Regimenty wynurzają się z kłębów dymu i walą prosto na nas! Nad ich głowami łopoczą sztandary Stanów Zjednoczonych. Naliczyłem cztery. W pośpiechu ładujemy karabiny i nerwowo wyczekujemy zerkając na sierżantów… „Spokojnie chłopcy, niech podejdą bliżej”, słychać zza moich pleców głos kapitana. 150 jardów! Słychać pojedyncze wystrzały, niektórzy nie wytrzymują napięcia. Porucznicy wściekają się, każą wstrzymać ogień i czekać na rozkaz. Mają podejść na 100 jardów! Pensylwańskie pułki zostały wzmocnione regimentami z Nowego Jorku. Ilu ich może być? Brygada? Dwie? Około dwóch tysięcy żołnierzy.

W końcu wzdłuż całej naszej linii pada komenda „Ready!”, powtarzana z dziesiątek gardeł oficerów liniowych. „Aim!” Setki karabinów pochyliło się w kierunku równych, jankeskich linii, a ja biorę na muszkę porucznika żuławów…„Fire!” Błysk, bezlitosny dla uszu huk i gryzący dym…Wyczekiwanie... Nie widzę szczerbatego sierżanta, tym bardziej porucznika żuławów. Jankeskie linie utonęły w kłębach dymu. Gdzieś w nim zapadły się jankeskie sztandary. Ktoś zaczął śpiewać „Dixie”…To była mordercza salwa.

Starcie wzdłuż Sunken Road podczas bitwy pod Sharpsburgiem oczami kaprala

14-tego pułku piechoty z Luizjany - 16 września 2012

 

Proklamacja Emancypacyjna

Po dwóch latach wojny rząd Stanów Zjednoczonych od dłuższego czasu z utęsknieniem wypatrywał sukcesu militarnego. Kolejni generałowie Armii zawodzili. Szary Lis, gen. Lee dowodzący armią Konfederacji notorycznie zwodził i ośmieszał generałów wojsk Unii na arenie międzynarodowej. Prezydent tracił cierpliwość. W desperacji gabinet prezydenta Abrahama Lincolna przygotował Proklamację Emancypacyjną, z ogłoszeniem której zwlekano, gdyż jej ogłoszenie miało być przypieczętowane sukcesem militarnym. Dokument był bardzo kontrowersyjny. Albowiem żołnierze Unii nie walczyli z armiami Południa o wyzwolenie niewolników, a jedynie o utrzymanie Unii i obawiano się, i słusznie, licznych dezercji w armiach Północy po jego ogłoszeniu. Po dwóch latach wojny Proklamacja miała poszerzyć zakres działań wojennych o wyzwalanie niewolników. Wbrew powszechnym opiniom Proklamacja nie miała na celu uwolnienia milionów Murzynów w Skonfederowanych Stanach,  a jedynie osłabienie jej gospodarki i wywołanie buntu wśród niewolników. Do końca wojny do niczego takiego nie doszło. Warto przypomnieć, że Proklamacja znosiła niewolnictwo w stanach, w których Abraham Lincoln zgodnie z Konstytucją nie miał żadnych praw ustawodawczych. Co istotne, nie znosiła niewolnictwa w czterech stanach niewolniczych, które pozostały wierne Unii i walczyły w bratobójczej wojnie po stronie Północy, czyli tam gdzie Lincoln miał taką władzę (i mógł znieść niewolnictwo), oraz w tych konfederackich stanach, które zostały zajęte przez wojska federalne i siłą wcielone do Unii. To dobitnie podważa dobrotliwe intencje gabinetu prezydenckiego Lincolna, które są mu niesłusznie przepisywane.

 

Bitwa pod Sharsburgiem 1862

Do bitwy doszło 17 września 1862 roku na terenie stanu Maryland. Stoczona została pomiędzy Armią Północnej Wirginii (Konfederacja/Południe) liczącej około 40 tys. żołnierzy dowodzonej przez słynnego gen. Roberta E. Lee, a Armią Potomaku (Unia/Północ) liczącej ok. 87 tys. żołnierzy dowodzonej przez gen. George’a McClellana. W okolicach niepozornego strumyczka Antietam w miejscowości Sharpsburg starły się dwie potężne, doświadczone armie. Ponad 120 tys. żołnierzy przez kilkanaście godzin wykrwawiało się na polach kukurydzy, pszenicy, na łąkach i w lasach. Bitwa pod Sharpsburgiem jest najbardziej krwawą bitwą w historii Stanów Zjednoczonych. W żadnej innej bitwie wojska amerykańskie w ciągu całodniowych działań wojennych nie odnotowały tak wielkich strat (także podczas II wojny światowej). Wyniosły one ponad 23 tys. zabitych, rannych i zaginionych.

Choć uważa się, że bitwa pod Sharpsburgiem nie była taktycznym zwycięstwem wojsk Unii, była tą upragnioną chwilą dla polityków z Północy. Armia gen. Lee została powstrzymana w marszu na Północ, a federalni generałowie odetchnęli. Choć bitwa pozostała nierozstrzygnięta, była strategicznym zwycięstwem Unii. Gabinet Lincolna nie zwlekał. Kilka dni po bitwie Proklamacja ujrzała światło dzienne.

Po bitwie Abraham Lincoln zszokowany ilością zabitych i rannych przyznał, że nigdy nie spodziewał się, że naród amerykański potrafi z taką zawziętością się wyrzynać.

A niewiele brakowało, by gen. Lee ponownie zaskoczył swoich adwersarzy. Gdyby nie paczka cygar i przypadkiem zaginiony rozkaz nr 191, który zdradzał kampanijne plany Konfederacji, wojska Południa dokonałyby inwazji Północy i los przyszłego supermocarstwa wisiałby na włosku.

W bitwie, w wojskach Konfederacji służyło wielu Polaków. Najwięcej w 14-tym pułku piechoty z Luizjany. Pułk był w brygadzie Haysa w korpusie słynnego „Stonewall” Jacksona. 14 pułk został założony przez Polaka, Kacpra Tochmana, majora armii polskiej z 1831 roku, prawnika z Nowego Orleanu. Dowództwo nad sformowanym pułkiem przejął Walery Sulakowski, bohater Wiosny Ludów z 1848r. Regiment został włączony do służby w sierpniu 1861r i brał udział w najważniejszych bitwach na wschodnim teatrze wojennym, m.in. pod Chancellorsville i Gettysburgiem. Walczył do końca wojny. W momencie kapitulacji pod Appomattox, 9 kwietnia 1865 roku, oddział liczył już tylko 2 oficerów i 25 żołnierzy. Około 1026 żołnierzy służyło w regimencie przez całą wojnę; 184 zginęło podczas działań wojennych, a 84 zmarło na wskutek chorób.

 

Bitwa pod Sharpsburgiem 2012

W połowie września na zaproszenie drugiego pułku kawalerii z Teksasu, kaprala - kucharza z 12-tego pułku piechoty z New Jersey oraz stowarzyszenia „150th Antietam-Sharpsburg Reenactment” miałem zaszczyt i przyjemność wziąć udział w rekonstrukcji jednej z najbardziej krwawych bitew wojny secesyjnej, bitwy pod Sharpsburgiem, zwanej także bitwą nad potokiem Antietam. 150 lat po bitwie, w okolice miasteczka, do prowizorycznego obozu wojskowego zjechało prawie 6 tys. rekonstruktorów, głównie ze Stanów Zjednoczonych, ale także Europy. W biurze prasowym dowiedziałem się, że oprócz mnie z Europy przyleciało jeszcze kilku Niemców i Brytyjczyków. O rekonstruktorach z Europy Środkowej czy Wschodniej nie słyszeli, więc moje pojawienie się wywołało niemałe zainteresowanie. Przeprowadzono nawet ze mną krótki wywiad, który ukazał się następnego dnia w lokalnej gazecie.

Reprezentowałem cały secesyjny ruch rekonstrukcyjny w Polsce, moich towarzyszy niedoli z 14-tego pułku piechoty z Luizjany oraz naszych przyjaciół odtwarzających 58-my pułk z Nowego Jorku (Jankesów).

Rozległe obozowisko podzielone było na cześć unijną i konfederacką, a te na sekcje: piechoty, artylerii i kawalerii. Ja, z racji służby w kawaleryjskim zwiadzie, miałem przyjemność być w tej ostatniej, zlokalizowanej tuż przy parku artyleryjskim, liczącym około 40 armat różnego kalibru.

 

2111

 

Nasz pułk kawalerii liczył około 50 koni. Naszym zadaniem było osłaniać flanki piechoty, wiązać kawalerię wroga oraz starać się oskrzydlać jankeską piechotę. Oczywiście marzeniem każdego kawalerzysty jest zdobycie wrogich dział. Niestety były na tyle dobrze strzeżone, że pomimo naszych odważnych manewrów, nie udało nam się do nich zbliżyć.

Organizatorzy przewidzieli sześć dużych potyczek, które bardzo wiernie oddawały przebieg oryginalnej bitwy sprzed 150 lat. Bitwa zaczęła się w piątek o godzinie 4 nad ranem w na słynnym Cornfield (Polu Kukurydzy). Przez blisko 3 godziny, w porannej mgle spotęgowanej dymem czarnego prochu odpieraliśmy przeważające siły wroga. Skoszone walką pole kukurydzy pięciokrotnie przechodziło z rąk do rąk. Ostatecznie ponosząc ciężkie straty wycofaliśmy się na dalsze pozycje.

Kolejną ciężką potyczką było starcie pod Dunker Church, przy niewielkim białym kościółku, który specjalnie na ta okazję został wybudowany przez organizatorów. Podczas tej fazy bitwy, nasz regiment przez blisko dwie godziny osłaniał prawą flankę konfederackich brygad piechoty. Podczas bitwy cztery razy zmieniałem karabin (pożyczając od „zabitych” kamratów), wielokrotnie opróżniałem ładownice „rannych” i „poległych”. Lufy tak rozgrzały się od wystrzałów, że trzeba było stosować różne ekwilibrystyczne metody, aby móc oddawać strzały w kierunku nacierających. Podczas Dunker Chuch doszło do walki wręcz. Dwa pensylwańskie pułki oflankowały naszą pozycje i ruszyły na bagnety. Dzięki wsparciu kilku kampanii naszej piechoty, udało nam się utrzymać pozycje.

Najbardziej „krwawa” potyczka miała miejsce wzdłuż Sunken Road, nazwanej po bitwie Bloody Lane. Zajmowaliśmy bardzo silne pozycje, mając za osłonę drewniany parkan, silne rezerwy oraz wsparcie trzech baterii artylerii. Jankeskie brygady wielokrotnie niebezpiecznie blisko zbliżały się do naszych pozycji, ale za każdym razem dawaliśmy im bohaterski opór. Bitwa trwała ponad 2h. Rozbijaliśmy ich pułki i brygady, ale nadchodziły następne. Nasze lewe skrzydło chwiało się pod naporem ich nieustannych ataków. Większość moich towarzyszy z regimentu „poległa” lub była „ranna”. Ostatecznie, zostaliśmy zmuszeni do odwrotu.

 

333

 

Decydują potyczką była faza bitwy określona w podręcznikach jako Final Attack. Obie strony zmobilizowały wszystkie swoje siły. Bitwa trwała aż do wieczora, i pochłonęła najwięcej „ofiar”. Jankeskie pułki pomimo ciężkich strat uporczywie próbowały zająć strategiczny kamienny most i rozwinąć swoje pułki pod huraganowym ostrzałem naszych kawalerzystów i strzelców wyborowych. Po godzinie walki most został wzięty i tłumy niebieskich żołnierzy przelewały się na naszą stronę. Dopiero kontratak dywizji gen. Hilla sprawił, że po ciężkich walkach przejęliśmy inicjatywę, odepchnęliśmy unionistów za rzekę i zapewniliśmy zwycięstwo. Niestety podczas kontrataku jednego z pułków z New Jersey zostałem „zastrzelony”. Ogień flankowy był tak silny, że praktycznie cała moja kompania została wybita do nogi. Bohatersko „poległem” walcząc ramię w ramię z weteranami z Georgii i Tennessee.

 

Przez blisko 3 dni odtworzyliśmy najważniejsze fazy bitwy, wystrzeliłem blisko 300 ładunków, straciłem ponad 5kg i wypiłem galony wody. W przerwach miedzy potyczkami można było wziąć udział w licznych atrakcjach przygotowanych przez organizatorów dla uczestników, jak i widzów, którzy bardzo licznie przybyli na rekonstrukcję. Przygotowano wiele interesujących wykładów, spotkania autorskie, występy konfederackich kapel muzycznych, epokowe kuchnie itp.

Po całodniowych zmaganiach, wieczorem odbył się uroczysty bal w rytmie skocznych południowych piosenek patriotycznych. Kapelusze fruwały w niebo, wszyscy śpiewali, tańczyli i bawili się znakomicie do wczesnych godzin porannych. Następnego dnia byłem świadkiem meczu bejsbolowego (oczywiście wg XIX-wiecznych zasad) pomiędzy dwoma pensylwańskimi pułkami. Kto wygrał - nie wiem, ale na trybunach było gorąco. Nie mogło być inaczej, skoro kibicami byli rekonstruktorzy, a większość przyszła uzbrojona. Szczęśliwie atmosfera była szampańska, nikt nikogo nie zastrzelił, choć sympatie, jak to bywa podczas takich wydarzeń, były podzielone.

Wraz z przyjacielem z 14-tego pułku z Brooklynu udało nam się także odwiedzić oryginalne pole bitwy, oddalone zaledwie o kilka kilometrów od naszych obozowisk. Amerykanie z wielką czcią podchodzą do swojej historii, a ich Parki Militarne (historyczne pola bitew) są zadbane i dobrze oznakowane. Park jest niemały, liczy ponad 3200 akrów, a na jego terenie znajdują się liczne ścieżki edukacyjne (najdłuższa liczy 8,5 mili), wieże widokowe i tablice informacyjne. Poza tym stoi tam ponad 40 oryginalnych dział i 350 pomników upamiętniających pamiętne wydarzenia sprzed 150 lat.

 

555

 

Podczas moich licznych rekonesansów po obozach Szarych i Niebieskich poznałem wielu rekonstruktorów i wspaniałych ludzi, którzy przybyli do Sharpsburga z najodleglejszych części Stanów. Zupełnie przypadkiem natrafiłem na naradę wojenną dowódców mojego korpusu. Kiedy generalicja dowiedziała się, że specjalnie przyjechałem z Polski, z początku popadli w niemałą konsternację, a po szoku wywołanym niedowierzaniem sprawili mi gorący aplauz. Miałem także okazję i zaszczyt porozmawiać chwilkę z naszym głównodowodzącym Armii Północnej Wirginii, rekonstruktorem samego generała Roberta E. Lee.

 

Przygotowując się do wyjazdu do Stanów, nigdy nie przypuszczałem ile serdeczności i przyjaznych gestów przyjdzie mi przyjąć ze strony Amerykanów. Byli miło zaskoczeni, że ktoś z tak odległego kraju może interesować się ich historią i być gotów do takich poświęceń. Na każdym kroku spotykałem się z ich otwartością i chęcią pomocy. A ich gościnność przeszła wszelkie moje oczekiwania.

 

Przed nami 150-lecie bitwy pod Gettysburgiem (w lipcu 2013), największej bitwy tej wojny, przez wielu historyków postrzeganej jako punkt zwrotny w wojnie secesyjnej. Ma to być największa bitwa rekonstrukcyjna wszech czasów. Organizatorzy zapowiadają, że weźmie w niej udział ponad 40 tys. rekonstruktorów z całego świata. A sławetna Szarża Picketa z 3 lipca 1863 r. zostanie odtworzona w skali 1:1. Zapowiada się, że tym razem z Polski przyjedzie również kilku moich podkomendnych. Zamierzamy wziąć udział we wszystkich potyczkach i spróbować zmienić bieg historii. Zapowiada się bardzo gorąco…

 

Szczególne podziękowania dla Baldera, Mieszka i Piwnucy. Bez Waszej pomocy i zaangazowania, nie byłoby mnie tam. Wielkie dzięki za wszystko! 

 

Więcej pod linkiem:

http://csaregiment.pl/pl/forum/9-imprezy/795-odp-re-odp-sharpsburg-2012gettysburg-2013.html?limit=15&start=345#14081