Polish (Poland)English (United Kingdom)
Start Relacje z imprez 2012 Battle of Wentzville - Blazejov - 7-9.09.2012

Battle of Wentzville - Blazejov - 7-9.09.2012

autor: Brat Szary

blzv_tyt_01

Dzień pierwszy

Kampania czeska w początkach września nie zapowiadała się dobrze. Urlopy, przepustki, dyzenteria, dezercje (?) przerzedziły szeregi i do ostatniej chwili nie było wiadomo jak liczebnie wypadnie 14th Louisiana Infantry Regiment. Wskutek wrażej dezinformacji, kradzieży map i kompasów, wojsko napotkało niespodziewane przeszkody w drodze do punktu koncentracji. Zebrali się dopiero wieczorem w, jak się okazało, mocno okrojonym składzie.

"Pierwszy na miejscu był on. Doprawdy, jedyną pociechą, latarnią morską dla zmęczonych żołnierzy i jednej damy był dowódca! „Człowiek przyodziany w szary mundur konfederackiej piechoty, z potrójnymi szewronami sierżanta na rękawach spoglądał z niepokojem na zachód (no, tym razem na północ). „Powinni już tu być…” – powtarzał w myślach, poprawiając kamienie wyznaczające owal obozowego ogniska. „Co ich zatrzymało?”

Ten potomek starego luizjańskiego rodu von Münchausenów porzucił dostatnie życie na rodowej plantacji, by pracą własnych rąk zarobić na utrzymanie swoje i rodziny. Drwal i cieśla, poznał od podszewki życie bayou, nie wahał się strzelbą i toporem bronić swych bliskich przed wężami i aligatorami. A gdy wolni ludzie Luizjany zerwali więzy mrocznej tyranii z północy, zamienił fartuch drwala na szarą kurtkę piechura i z karabinem w ręku ruszył bronić ich słusznych praw. Pozostawił za sobą znajome lasy i moczary i przybył tam, gdzie najbardziej był potrzebny – do Wirginii, do żyznej i zielonej doliny Shenandoah, jęczącej od kilku miesięcy pod butem okrutnego despoty…”

No cóż, tym razem do Ventzville w Missisipi. Ale nie czas na romantyczne,  poetyckie wizje.

Nie było ociągania się, łażenia po obozie, drapania po tyłkach. Rozkazy były jasne: rozbić namioty, doprowadzić do porządku umundurowanie, oporządzenie i broń, przed nami nocna potyczka. Wdziawszy klimatyczne gacie (wyfasowane od sierżanta - 15 konfederackich dolarów sztuka) i resztę, czekają niecierpliwie na decyzje wyższego dowództwa, zwłaszcza, że z lasu za torami kolejowymi dochodziły odgłosy palby karabinowej, a nawet z rzadka odzywała się artyleria.
Nie doczekali się…

Bez oglądania się na opieszałe czeskie szarże, dowódca podejmuje decyzję: forsowny marsz w zapadającym zmierzchu w lasy za torami, gdzie pozycje walczących wyznaczały błyski wystrzałów karabinowych. Jest ich trzech. Sierżant von Munchhausen, Greywolf i Brat Szary.  Jak to było do przewidzenia, w zapadających ciemnościach trudno było wyczuć gdzie swoi a gdzie Janki. Przed nimi polana z trzech stron obramowana lasem. Wystrzały dochodzą z lewej i prawej strony po drugiej stronie polany. To do nich strzelają! Sierżant wydaje rozkaz. Fire by squad. Loud, ready, aim, fire. Z prawej strony nasypu jakiś ruch, komendy jakieś szwargotliwe, niby angielskie, ale w ciemnościach nie wiadomo kogo diabli niosą, to wygarnęli salwą uciszając szwargoty. To był błąd, jak się okazało, dość powszechny w nocnych potyczkach (dwa lata później przekona się o tym Stonewall Jackson). Po miganiu pasiastych portek poznali, że to swoi, znaczy cholera, Niemcy, Tygrysy z Luizjany. Już wiadomo, że tam, po prawej i na środku muszą być niebiescy. Po krótkiej naradzie dowódców, zapada decyzja: Tygrysy atakują prawą flanką a 14-ty lewą. Gdyby poszli środkiem, Jankesi mieli by ich jak na tarczy… a jest ich sporo, co najmniej dwa oddziały. Podchody trwają ok 20-30 minut. Prawie nic nie widać. Odgłosy w ciemnościach nabierają dziwnych właściwości, mamią, cienie olbrzymieją. Słychać szelesty, pogwar ściszonych rozmów, kłótni, trzask łamanych gałązek. Skradają się brzegiem lasu. Jankesów nie widać na tle czarnej ściany lasu. Z prawej dostrzegają widmowe sylwetki Tygrysówi Połowa z nich podchodzi do Jankesów na prawej flance, połowa dołącza do 14 tego. Formują battle line. Load, ready, aim, fire. Jankesi odpowiadają. Ładnie manewrują w linii. Charge! Zwierają się w krótkim, zaciekłym boju.

Nocne starcie wyzwala nieznane emocje, wyostrza zmysły. „Good fight”. Walczyli m. in z 58 NY. Pozbierawszy „zabitych i rannych” Jankesi znikają w lesie. Konfederaci chcą ich ścigać, ale nie sposób sforsować gęstwiny leśnej. Formują kolumnę i dołączają do Tygrysów na prawej flance. Wdzierają się w wąską przesiekę między drzewami. Strzelają zza drzew do znikających Jankesów. W gęstwinie nie sposób iść dalej. Koniec na dziś. Wracają w szyku, pod komendą, z fasonem, rozgrzani walką, z roześmianymi gębami. Z daleka obóz robi niesamowite wrażenie. Mnóstwo namiotów, latarenki przed każdym, dym z ognisk ściele się nisko. Widok jak z bajki…

Jak się okazało, doszło do „nieporozumienia” (jakże znane to z poprzednich czeskich bitew). Podobno Jankesi mieli czekać w lesie na konfederacki atak siłą co najmniej batalionu, ale Dowództwo zaspało i poszli tylko ochotnicy, No cóż, w końcu to Volunteers…

Dołączają maruderzy: Kargen z piękną Rose O’Neal, Peter, Padre i dwóch zagubionych artystów od dawnej fotografii. Liczą na zainteresowanie rekonstruktorów. Mają kupę starych aparatów, odczynników, tajemniczych utensyliów, statywów. Spodziewają się przyjęcia z otwartymi rękami i zapewne jakichś wpływów za fatygę. No, cóż…
Roll call, warty. Powoli cichnie obozowy gwar, przy ogniskach pojedyncze postacie, w oddali cicho zawodzi harmonijka. Wschodzi księżyc na tle rozgwieżdżonego nieba… Jutro vlaczek…

 

blzv02

Dzień drugi

Pobudka o 6.00. Dopiero teraz widać panoramę całego obozu. Nigdy dotąd nie widzieli tak licznej gromady szarych i niebieskich. Prawie 100 namiotów, działa, ponad 200 żołnierzy, nie licząc cywili w historycznych strojach. Statecznym krokiem przechadza się dwóch poważnych panów w czarnych surdutach, cylindrach, z cygarami. Miny nadęte, brzuchy wydęte - wiadomo, politycy. Zwłaszcza u Niemców wiele kobiet, a nawet dzieci towarzyszy wojsku. Obozy oddzielone są pasem ziemi niczyjej. Obie strony korzystają ze zgromadzonego tam opału - sterty mokrych desek. Po prawej stronie polany, w kotlince – kantyna. Patrząc od strony wejścia do obozu, na lewej flance tory kolejowe, przyszłe miejsce starć. Wszystko będzie się toczyć wokół tego „strategicznego węzła kolejowego”. Próżno szukać dokładnych informacji na temat tego epizodu wojny, zdaje się, że to starcie nawet nie jest wymieniane w oficjalnych wykazach bitew, było właściwie serią potyczek.

Zbiórka oddziałów. Jankesi zostają w obozie, przygotowują się na konfederacki atak z pociągu.  Wymarsz Południowców pod sztandarami na stację kolejową budzi zainteresowani i podziw gawiedzi. Oddziały rozciągnięte na kilkaset metrów, rozlega się pojedynczy śpiew, to Austriak Aleks podaje ton Dixie Land. Dołączają inni, śpiew potężnieje, wywołuje dreszcz. Potem Bonnie Blue Flagg… Rzut oka przez ramię na długiego węża kolumny sprawia, że serce zamiera, taki widok…

 

blzv03

Oczekiwanie na podstawienie pociągu. Mrowie różnobarwnych mundurów, ostatnie uzgodnienia dowódców. Całością ich Pułku z Luizjany, w skład którego wchodzą Czesi, Austriacy i Niemcy dowodzi Keczup, wydając rozkazy przez kaprala. Czesi pominęli polskiego sierżanta, który zmuszony jest przyjmować komendy od niższego stopniem. To błąd, zniewaga. 14-ty chce być pod bezpośrednią komendą swojego dowódcy. Ten jednak pozostaje niewzruszony, uspokaja gestem.

Załadunek do wagonów przebiega dość sprawnie. Jadą przy otwartych drzwiach. Sierżant popatruje z ukosa, uśmiechając się szelmowsko. Ładuje. Reszta idzie za jego przykładem. Pierwsza salwa z jadącego pociągu na przywitanie sennej czeskiej prowincji i pięknego słonecznego dnia. Będzie krwawo… Iiiiiiiiha

Ale to jeszcze nie „ich” pociąg. Na ten właściwy trzeba poczekać ok godziny. Poprzedni widok Konfederatów na peronie, to bagatelka w porównaniu z tym, który rozpościera się po wyładunku na stacji. Teraz peron pełen szarych braci robi niesamowite wrażenie. Żołnierzom towarzyszą ubrane w historyczne szaty, żony, matki, kochanki. Mają jakieś tobołki, walizy, wszędzie kręcą się dzieciaki, szczekają podniecone psy… Sporadyczne współczesne akcenty rażą, wywołują niechęć. Wojsko chce być w XIX wieku.

Nareszcie nadjeżdża vlaczek. Włażą do towarowych wagonów z zakratowanymi oknami razem z czeskimi i niemieckimi Tygrysami, są jeszcze inni, dość ciasno. Najwięcej jest Niemców, głośno gadają, pokrzykują, śpiewają…14-ty patrzy po sobie, przez chwilę czują się niekomfortowo, ciśnienie skacze, skojarzenia nasuwają się wszystkim: bydlęce wagony, siatka w małych okienkach wagonu, niemiecki kanciasty szwargot… Puszczają do siebie oko, obśmiewają. Później im pokażą…jeszcze nie teraz.

 

blzv04

Zmiana, teraz ładują się na platformę, tak jest lepiej, klaustrofobiczny klimat towarowego wagonu odchodzi w niepamięć, ostatnie kilometry przed miejscem bitwy, napięcie rośnie. Loud! Pociąg staje na wysokim nasypie. Czas przyśpiesza bieg, adrenalina buzuje. Już widać formacje jankeskie, mają Konfederatów na wprost, niedobrze… Fire! Po salwie z wrzaskiem skaczą z platformy i poganiani przez oficerów formują battle line, niektórzy nie utrzymują równowagi, staczają się z nasypu w jakieś krzaki, pokrzywy. Jankesi oddają salwę, jeden oddział po drugim. Szara linia rusza. Natarcie rozwija się od nasypu w kierunku obozu. Niebiescy są dobrze rozstawieni, przygotowali się, mieli dużo czasu, ale pod naporem konfederackim, cofają się.

blzv06

Wysoki nasyp daje szeroki prospekt na panoramę bitwy. Walki toczą się na kilkusetmetrowym froncie, jak okiem sięgnąć rozwijają się konfederackie pułki, powiewają sztandary bojowe, warczy pojedynczy werbel bębna. Dym prochowy zasnuwa powietrze i nie rozwiewa się, właściwie nie ma wiatru. Ale zostawmy to pole walki.

blzv10

Z tyłu za nasypem rozlega się salwa. To spory oddział jankeski (skąd ich tylu się wzięło ?) zastawił pułapkę i zaatakował tyły Konfederatów. About face (przez prawe ramię, do diabła, za bronią  - syczy Greywolf), forward march. Tygrysy Keczupa, wśród nich 14-ty, zawracają, przełażą przez nasyp i ruszają do ataku. W walce przebijają się przez polankę, wczorajszą arenę nocnych walk. Jankesi znikają w lesie. Za nimi, dorwać ich. Ale Keczup idzie ostrożnie, hamuje zapędy, obawia się zasadzki. Leśny bój, tym razem w półcieniach, las miejscami dość gęsty, przerzedza się. Przypomina się Wilderness, Spotsylvania.

blzv07

Tak mogło to wyglądać w 1864 w lasach Wirginii. Są, widać niebieską linię. Chowają się za zwalonymi pniami drzew. Zaczyna się walka pozycyjna. Nieustanna palba z obu stron. Żeby tylko się ten las nie zapalił… Próba obejścia lewej flanki wroga kończy się sukcesem. Skoordynowany atak odrzuca Jankesów, dochodzi do gwałtownego starcia, bitwa przeradza się w indywidualne pojedynki. Straty po obu stronach, ale Jankesi odrywają się i wycofują. W obawie, że usiłują ich wciągnąć w pułapkę, Keczup zarządza odpoczynek, wysyła zwiadowców Tygrysów. Ci ociągają się, zresztą widać ich na kilometr w tych kretyńskich czerwonych czapkach z pomponami. W boju są niezrównani, odważni do szaleństwa, ale zwiadowcy? Kupa śmiechu, na ich widok przypomina się Monty Python ze skeczem, o Szkotach, którzy po cichu mają podejść wroga, a gdy ruszają odzywa się kobza, bo przecież bez kobzy ruszyć nie mogą… Zwiadowcy wracają bez niczego. Jankesów nigdzie nie widać. Gonitwa za nieistniejącym wrogiem trwała jeszcze z 1,5 godziny. Zrobili z 5 km marszem, marszobiegiem, zatoczyli wielkie koło i wrócili do torów. Tam urządzili zasadzkę na Jankesów mających wracać pociągiem do obozu, ale nie doczekali się.

Wrócili do obozu, pewni, że to koniec, zmęczeni, zlani potem, ale pomimo intensywności przeżyć, przecież dzień jeszcze młody, dopiero 16.00!? Obóz jakiś pusty, nikt nie wie dlaczego, może to nie koniec ? Tak, to tylko przerwa na odpoczynek, posiłek, uzupełnienie ładunków. Czesi jednak, wyjątkowo stanęli na wysokości zadania i zaplanowali cały dzień walk, bitwa po bitwie. Po godzinie wymarsz, niedaleko, na rozległą łąkę za obozem, którą zmykał tor kolejowy. Jest z nimi padre z Biblią i Coltem pod habitem. Biblia dla Konfederatów, Colt… Teraz nad pułkiem powiewa sztandar Konfederacji. Chorążym został Brat Szary (swój karabin oddał Reb Waldowi. Wald, to tajna broń 14-tego Luizjana w łonie 58-go  NY). Dzierżenie sztandaru, to nowe, niepowtarzalne doznanie, ekscytacja, duma i odpowiedzialność wymieszana z żalem, że nie można do salwy dołączyć, kłuć bagnetem i kolbą głów rozbijać. Poza tym, to pierwszy cel dla strzelców wyborowych.

blzv08

Przechodzą obok baterii 6-ciu dział konfederackich. Potężne „Parroty” i „Napoleony” budzą respekt. Dopiero teraz mogą bliżej przyjrzeć się baterii i artylerzystom. Każde działo obsługuje 6-ciu ludzi. Od huku wszystko w środku człowieka dygocze. Skrajne działo daje ognia, gdy przechodzą obok, ogłuchli na pół godziny. Dostają rozkaz, zajmują prawą flankę obok baterii. Czekają. Spojrzenie wzdłuż linii w lewo ukazuje pozostałe pułki pod sztandarami. Stoją twarzami w stronę nasypu, tym razem to Unioniści mają pociąg. Jest, nadjeżdża. Jest i przykra dla Konfederatów niespodzianka – na platformie jankeskie działa!

Spryciarze z nich. Pułki jankeskie wysypują się z wagonów, formują linie. Działa z platformy dają ognia, odpowiada im bateria Konfederatów. Pojedynek artyleryjski trwa, … ile ? właściwie nie wiadomo, czas wyprawia figle. Huk i dym. Czy tak, to było wtedy, w czasie tamtej wojny ? A jak by te działa pomnożyć przez 100, a ludzi przez 1000 i więcej, jak pod Manassas, Sharpsburgiem, Gettysburgiem, co tam się musiało dziać…Zapach prochu upaja, chciało by się zatrzymać te chwile, ale wszystko toczy się szybko. Forward march. Posuwają się 10 kroków i oddają salwę i znowu, zbliżają się, już widać szczegóły ubioru wroga. Jankesi podobnie prą do zwarcia. Charge! Konfederackie wycie Rebel Yell (wrzeszczą jak opętanii), rozlega się wzdłuż frontu. Jankesów to deprymuje, zawsze deprymowało… Łoskot zderzających się linii, krzyki oficerów. Z tyłu,  Padre udziela błogosławieństwa rannym i poległym. Działa strzelają bez przerwy. Powiał wiatr i oczyszcza pole walk z dymu. Cofają się, przegrupowują, nie ma przełamania. Gdy są oddaleni o jakieś 100 m, od formacji konfederackich odrywa się pojedyncza postać w czerwonej czapce i pasiastych portkach. Wymachując tomahawkiem rzuca się do szaleńczej, samobójczej  szarży w stronę najbliższego pułku Jankesów. To Austriak Aleks. Ginie widowiskowo zatrzymany salwą całej jankeskiej linii.  

Obie armie jeszcze kilkakrotnie zwierają się w boju, manewrując  po całej rozległej łące. Artyleria strzela bez przerwy. Konfederackich dział jest więcej, stłumiają ogień unijnych baterii. Płoną drewniane zasieki i sterty siana, wybuchają pirotechniczne granaty. Jankesi dostają po głowach pakułami. Maksimum realizmu, jak na rekonstrukcje w Czechach. Końcówka bitwy zapiera dech w piersiach chyba wszystkich uczestników po obu stronach. Zwłaszcza Jankesi mają wspaniały widok. Stoją nieco wyżej, za ścianą krzewów i rowem. Ich pułki zostały zepchnięte. Konfederaci szykują frontalny atak.

Dla obserwatora, gdyby widział pole bitwy z góry, widok byłby niezapomniany. Cztery pułki konfederackie pod rozwiniętymi sztandarami atakują na całej linii, jeden po drugim. Na jednym odcinku brawurowy atak Południowców kończy się masakrą, wszyscy „giną”, za to Jankesi jakoś „ginąć” niechętni. Tu i ówdzie słychać soczyste „k… mać, zginąłeś Jankesie!” oburzonych brakiem współpracy atakujących Konfederatów. Na innych przełamują linię. Honorowi Jankesi z 58-go z NY nie podejmują upadłego wraz z „zabitym” chorążym sztandaru 14-go pułku. Sierżant Blue oddaje cześć bohaterstwu przeciwnika.

vzvbl11Artyleria konfederacka milknie, aby nie razić swoich… Wreszcie mają dość. Sygnały trąbką kończą zmagania. To była bitwa! Nawet von Munchhausen i Greywolf – weterani, nie pamiętają takiego starcia, tak bogatego w wydarzenia, z tak liczną obsadą.

Po bitwie prezentacja oddziałów przed generalicją. Naliczyli generałów trzech. Najważniejszy ten z największym brzuchem. Keczup prowadzi wojsko niechlujnie, idą hałastrą. Sierżant von Munchhausen prowadzi  zaś 14-tkę z fasonem, na komendę. Reprezentuje pułk przed frontem oddziałów. Meldunek wzorowy, z francuskim akcentem. Czują dumę z opanowania dowódcy, nie wszystkim poszło równie sprawnie. Generał dziękuje itd.  Widok czworoboku 200 ludzi w mundurach obu stron walczących w wojnie secesyjnej na długo zostanie w pamięci obecnych.

Po powrocie do obozu 14-ty z Luizjany nie ma odpoczynku. Sierżant zarządza czyszczenie broni i przegląd maneli. Za każdy niehistoryczny element wyposażenia, czy niedoczyszczoną broń -  10 pompek, w dodatku delikwent ma gębę wymalowaną nagarem z lufy. Brat Szary zostaje przyjęty do grona żołnierzy 14th Louisiana Infantry po egzaminie (wcale dramatycznym, jak dla niego). Gdzie było gorzej, teraz czy na maturze ?  

Zapada zmierzch, idą objadać Jankesów. Kociołek Adama, jak zwykle pada ich łupem. Gadanie przy ognisku, śmiechy. Przysiedli, o zgrozo, na jankeskich stołkach. Będzie potem, że farbsi, że nie tacy twardzi. A przecież wyraźnie zdegustowani siedzieli. Czegoś blady, zniecierpliwiony, ale, jak zawsze elegancki Kargen, ciepły, zrównoważony Peter, kompetentny Greywolf, nieco zamyślony i milczący sierżant von Munchhausen, Brat Szary, wielebny Padre. Są także dagerotypiści, którzy marnie wyszli na swoim pomyśle fotografowania w starym stylu. Zawiodła logistyka… Poznają nowego niebieskiego ptaka  Joe Anę. Podejrzanie przypomina dziewczynę ten uroczy i wygadany chłopaczek. Trzeba uważać, bo podobno dobrze strzela z rewolweru… Dobrze posiedzieć przy ognisku z  sympatycznym Paulem Yankiem, tryskającym humorem Charlesem, ciekawym świata Simonem. Przyjazny Adam, zawsze (prawie) uśmiechnięty Antoś, uważny Blue… ale zaraz, zaraz, znowu słychać niemiecki śpiew tuż obok. Tego było za wiele. Wstali, jak na komendę, kapelusze z głów, ręce na sercu. Grzmotnęła „Rota” w czeski wieczór, „nie będzie Niemiec pluł nam w  twarz...” poniosło się nad zamarłym obozem. Śmiech i wiwaty oszołomiły już i tak zdezorientowanych Niemców. Niech mają za ten pociąg i za polskie cholerne skojarzenia. Może młodzież się uwolni… Długo w noc trwały rozmowy. Narrator odpuścił  i poszedł spać, gdy sierżant Blue na spółkę z Charlesem postanowili uczyć polskiego Chorwatki ze Słowacji, czy też Czeszki z Ukrainy.

Warty, posłanie przy ognisku, po co wczołgiwać się do tego namiotu? I jak tu, cholera zasnąć po tym wszystkim?

 

Dzień trzeci

Rano afera, bo czeskim sąsiadom ktoś flagę podiwanił. Gruby się piekli, wygraża pięścią. „To nie my, niczego nie widzieliśmy i nic nie wiemy, bo to nie nasze sprawy. Mogli wystawić warty”. Trzeba się zbierać, bo do domu daleko. Sierżant robi roll call, sprawdza obecność, dziękuje za walkę i godne reprezentowanie pułku. Podziękowania odbiera także fotograf pułku, piękna i eteryczna Rose O’Neal za ciężką pracę na pierwszej linii. Zwijanie obozu, pożegnania. Po drodze Greywolfa zaatakowała jankeska broń biologiczna, ale twardy góral, nie pozwolił zastąpić się za kółkiem. Następny przystanek – Niepołomice. Do zobaczenia!