Polish (Poland)English (United Kingdom)
Start Relacje z imprez 2012 Przemarsz: Okolice Kłodzka - Twierdza 03-05.08.2012

Przemarsz: Okolice Kłodzka - Twierdza 03-05.08.2012

autor: Clayton

kko12

Dzień pierwszy
W zapadającym zmroku na wzgórzu otoczonym potężnymi umocnieniami starego fortu czuwała samotna sylwetka. Człowiek przyodziany w szary mundur konfederackiej piechoty, z potrójnymi szewronami sierżanta na rękawach spoglądał z niepokojem na zachód. „Powinni już tu być…” – powtarzał w myślach, poprawiając kamienie wyznaczające owal obozowego ogniska. „Co ich zatrzymało?”
Ten potomek starego luizjańskiego rodu von Münchausenów porzucił dostatnie życie na rodowej plantacji, by pracą własnych rąk zarobić na utrzymanie swoje i rodziny. Drwal i cieśla, poznał od podszewki życie bayou, nie wahał się strzelbą i toporem bronić swych bliskich przed wężami i aligatorami. A gdy wolni ludzie Luizjany zerwali więzy mrocznej tyranii z północy, zamienił fartuch drwala na szarą kurtkę piechura i z karabinem w ręku ruszył bronić ich słusznych praw. Pozostawił za sobą znajome lasy i moczary i przybył tam, gdzie najbardziej był potrzebny – do Wirginii, do żyznej i zielonej doliny Shenandoah, jęczącej od kilku miesięcy pod butem okrutnego despoty.

Nie był to łatwy czas. Na nieodległym Półwyspie Wirginijskim hufce jankeskiego generała McClellana powoli posuwały się naprzód, spychając szczupłe siły obrońców w stronę Richmond. Marsz najeźdźców został na pewien czas powstrzymany, lecz niebieskie zastępy niczym gradowa chmura wciąż kłębiły się niemal na przedmieściach  konfederackiej stolicy. W przełamaniu desperackiego oporu broniących swych domów Południowców miała im pomóc inna potęga – federalna Armia Wirginii pod dowództwem jankeskiego generała Pope’a, godząca w serce Konfederacji od północnego zachodu.

Walczące o przetrwanie Południe potrzebowało każdego żołnierza. Tym bardziej po-trzebowało ono swych najlepszych – synów Luizjany, z których prawie każdy rodził się ze strzelbą w ręku, z których prawie każdy przywykł do długich marszów w deszczu i spiekocie, z których prawie każdy rozumiał co nieco po angielsku… Odwołano wszystkie urlopy, zgromadzono wszystkich rekonwalescentów, wręczono broń każdemu świeżemu rekrutowi, który dotarł z głębokiego Południa nad brzegi rzeki Shenandoah. Rolą sierżanta było do przyrodzonych im cnót dodać jeszcze jedną – żelazną dyscyplinę, nieocenioną podczas przemarszów, codziennej obozowej służby, a nade wszystko – w ogniu bitwy.

Wreszcie do uszu zaniepokojonego podoficera dobiegł oczekiwany odgłos kopyt i turkot kół. Do fortu zbliżały się dwa wypełnione ludźmi wozy taborowe, z których wysypywać się zaczęli piechurzy, po dłuższej chwili na brukowany dziedziniec zajechał jeszcze jeden pojazd. Powitania zajęły kilka minut, potem zaś przypomniała o sobie obozowa rutyna. Gromadzenie opału, rozpalanie ogniska, rozkładanie wokół niego skromnych posłań, na które składały się połówka namiotu czy poncho, a na nim szary koc, odsłaniający czasem częściowo zatarty stempel „US”. Namiotów nie rozstawiano – ciepła wirginijska noc kusiła rozgwieżdżonym niebem nad głową, a perspektywa porannego wymarszu nakazywała oszczędzić sobie niepotrzebnego trudu.

Sierżant przyglądał się nowoprzybyłym, rozpoznając weteranów i próbując ocenić rekrutów. Zebrani przy ogniu ludzie stanowili konglomerat – rodowici Luizjańczycy, dwóch dawnych mieszkańców okolic Atlanty, z których jeden wciąż nosił charakterystyczny zielony frock coat 5. pułku z Georgii, przybysze z egzotycznych krain w centralnej Europie, którzy przed laty zeszli z pokładów statków w nowoorleańskim porcie, by szukać szczęścia na Nowej Ziemi. „Dadzą sobie radę…” – pomyślał podoficer i zaraz poprawił się: „Będzie dla nich lepiej, jeśli dadzą sobie radę…”
Pogawędki powoli zamierały, zgromadzeni przy ognisku zawijali się w koce, by przed świtem złapać kilka godzin snu. Tylko wartownicy czuwali, dorzucając świeże szczapy do płonącego ognia. Wokół obozowiska krążyły nietoperze, zwabiając samotną sowę, która przysiadła na gałęzi pobliskiego drzewa. „Nasi chłopcy…” – pomyślała, patrząc na otaczające ogień sylwetki i cicho odleciała, by nie zakłócać ich snu.

 

Dzień drugi
Nad ranem na dziedziniec fortu wtoczył się kolejny pojazd. Tym razem był to ciężki wóz taborowy, zaprzężony w czwórkę dobrze odżywionych i świeżo oczyszczonych koni. Na koźle siedział kolejny sierżant, weteran Starej Armii, który podczas przemarszu dowodzić miał kolumną taborową. Powitany przez wartowników wdał się z nimi w pogawędkę, wspominając wojnę meksykańską – czas, gdy wszystko było prostsze. Piechurzy budzili się, pokrzepiając porannym łykiem kawy, wkładali oporządzenie, rozkładali równomiernie ciężar plecaków, napełniali manierki. Sprawnie sformowano dwuszereg, nawet komenda „Right face” nie wprowadziła większego zamieszania, szeptem przełożona przez usłużnego poliglotę na swojskie „a droit – droit”. Kolumna ruszyła brukowaną drogą przez miasto, wybijając równy rytm podeszwami podkutych butów.

Pierwszy postój wypadł już na przedmieściach, obok niewielkiego budynku z nieco przekrzywionym szyldem opatrzonym napisem „General Store”. Piechurzy nie zdążyli jesz-cze poczuć zmęczenia, lecz skorzystali z okazji zakupu kilku paczek sucharów, a nawet paru uncji kandyzowanych owoców. Weterani domyślali się, że prawdziwym celem zatrzymania kolumny było pokrzepienie ducha miejscowej ludności, która zgromadziła się wokół szarych sylwetek, wskazując usłużnie najkrótszą drogę w stronę Waszyngtonu, D. C.

Dowództwo miało jednak inne plany. Dalszy marsz zaprowadził kolumnę utwardzaną drogą w stronę samotnego mostu na rzece Shenandoah. Informacje otrzymane ze sztabu wskazywały, że most jest chroniony przez silny jankeski posterunek. Naturalną reakcją żoł-nierzy było rozpięcie ładownic i kapiszonowników, jednak decyzja dowódcy zaskoczyła wszystkich – będziemy przeprawiać się brodem! Nie obeszło się bez spontanicznych protestów („Sergeant, give me two men, and I will take that bridge!”), jednak dyscyplina zwyciężyła. Dwuosobowy patrol wysłany na poszukiwanie brodu powrócił z niczym – rzeka, choć niezbyt szeroka, po ostatnich deszczach wezbrała, a jej nurt był silny i zdradliwy. Ponieważ brodu nie udało się znaleźć, został on nieco arbitralnie wyznaczony, a kolumna przystąpiła do forsowania rzeki. Silny prąd przekonał piechurów o wyższości zrolowanego przez ramię koca nad eleganckim, zdobycznym plecakiem – odpowiednie rozłożenie środka ciężkości wyznaczało granicę pomiędzy zmoczonymi do połowy uda a tymi, którzy na drugim brzegu wyżymać musieli również kurtkę.

kkosmd


Pospieszny roll call przekonał wszystkich, że ze starcia z siłami natury konfederacka piechota wyszła bez strat. Gdy jednak odżywający duch bojowy podsunął Południowcom wizję zaskakującego ataku od tyłu na posterunek strzegący mostu, przez wspomniany most najspokojniej w świecie przejechała kolumna taborów dowodzonych przez sierżanta Brunia. W trakcie najbliższego popasu, susząc pospiesznie sorty mundurowe, przerzucano się domysłami; najbardziej prawdopodobny z nich głosił, że nieprzyjaciel umknął na odgłos słów, które nadjeżdżający sierżant kierował pod adresem swych koni.

Po chwili kolumna ponownie ruszyła. Słońce powoli wzniosło się do najwyższego punktu na niebie i poczęło ponownie chylić się ku zachodowi, a kolumna luizjańskiej piecho-ty z uporem zmierzała na północ, kierując się w stronę odległej linii wzgórz. Monotonię marszu przerwały na chwilę przeprowadzone na rozległym ściernisku ćwiczenia, poświęcone formowaniu i działaniom tyraliery strzeleckiej. Plecaki i karabiny stawały się powoli coraz cięższe, na kąśliwe uwagi sierżanta „Poszło się do wojska, co?” odpowiedzią było coraz częściej posapywanie i cedzone przez zęby „merde alors!…”

I wtedy przed oczyma zdrożonych piechurów rozpostarła się zagubiona wśród zielonych łąk niewielka wioska. Niedługi popas na podwórzu przed skromnym sklepikiem przywrócił nadwątlone siły i dodał ducha. Gdy po chwili pododdział ruszył w dalszą drogę, z tylnych rzędów niosła się stara luizjańska pieśń marszowa:
Tiens, voila du boudin, voila du boudin, voila du boudin,
pour les Alsaciens, les Suisses et les Lorrains,
pour les Yanks y en a plus, pour les Yanks  y en a plus,
ce sont des tireurs au cul!”

 

Pokrzepiona kolumna z nową energią pokonywała ostatnie mile, by wreszcie dotrzeć na miejsce postoju, na szczycie niewysokiego wzgórza, którego stok zajmowały górujące nad wsią pola uprawne. Piechurzy rozłożyli się na popas, wysyłając niewielki patrol po wodę. Ten niedługi marsz obfitował w przygody; pod jednym z jego uczestników (bynajmniej nie najcięższym) nieoczekiwanie załamał się podpiłowany przez nieprzyjacielskich saperów mostek na strumieniu, przy studni zabrakło wiadra i sznura, co zmusiło dowodzącego patrolem sier-żanta do ekwilibrystycznego opuszczenia się po cembrowinie. Po powrocie do głównych sił pozostało przeczekać szczęśliwie niedługi deszcz, pokrzepić się zapasami, pokibicować wy-siłkom miejscowych farmerów, próbujących na pobliskim polu uruchomić osobliwą maszynę napędzaną silnikiem parowym i wreszcie - przygotować się do powrotu do fortu.

kkodp

 

Do transportu posłużyły sprowadzone w tym celu wozy taborowe, choć patrol najbardziej wytrwałych piechurów ograniczył się do złożenia na nich plecaków i wyruszył do fortu pieszo, nieco krótszą drogą. Pozostali musieli zmierzyć się z nieoczekiwanym problemem – w trakcie forsowania rzeki zamókł bat, który jeden z żołnierzy nosił przy sobie; nie można było tym samym zmusić do ruszenia z miejsca koni zaprzężonych do jednego z wozów. Szczęśliwie po dłuższej chwili zmagań problem udało się rozwiązać.
Nadchodzący wieczór okazał się porą pierwszych pożegnań. Doręczone rozkazy zmu-siły do wcześniejszego opuszczenia pododdziału niektórych jego członków. Żołnierskie pożegnania: „bądź zdrów, szczęśliwej drogi, do zobaczenia w piekle…”. Wszyscy byli zgodni co do jednego – za miesiąc, może półtorej, przyjdzie znów zmierzyć się z Jankesami gdzieś na świętej ziemi Starego Południa.


Rozmowy przy ognisku były tym razem krótsze; w parę chwil po przeprowadzonym przez dowództwo spisie wyposażenia, w trakcie którego za najbardziej dotkliwy zgodnie uznano brak bębna, wszyscy poza wartownikami udali się na spoczynek. Pełniący służbę z niepokojem spoglądali na południe, skąd nadejść miała zaanonsowana telegraficznie przez sierżanta Brunia burza gradowa; noc jednak minęła spokojnie, a po niej nastał poranek.

 

Dzień trzeci
Pobudka przebiegła tym razem spokojnie. Budzący się dzień był dniem świętym; żoł-nierze II Korpusu wiedzieli, że generał Jackson unika toczenia walki w niedzielę. Przedpołu-dnie postanowiono zatem wykorzystać ma zaznajomienie się z historią starego fortu, pamięta-jącego czasy pierwszych osadników.
Prowadzeni przez sierżanta piechurzy zagłębili się w labirynt umocnień, słuchając relacji o dawnych bitwach i bohaterach. Spokojne zwiedzanie przerwała zaimprowizowana akcja ratunkowa, mająca uwolnić samotnego ptaka, który utknął w jednej ze studzienek wen-tylacyjnych, bezskutecznie próbując sforsować szklany świetlik. Zasłonięcie kurtkami tafli szkła niewiele dało, jednak każdy z odchodzących żołnierzy długo jeszcze wracał myślami do jednego ze skrzydlatych „braci mniejszych”, życząc mu po cichu powodzenia. Salwa hono-rowa oddana na skarpie fortu niosła się szerokim echem po dolinie, gdy Luizjańczycy kiero-wali się ku bramie wyjściowej. Napotkana tam gromadka cywili długo jeszcze śledziła ich wzrokiem, próbując uwiecznić spotkanie na płytkach zabranych ze sobą dagerotypów.

kkob


Piechurzy zapuścili się z kolei w długie i ciasne chodniki minowe pod fortem. Przemierzali je zgięci wpół, zaś mierzący sześć stóp georginijczyk miął w garści kapelusz, który mimo skurczonej pozy wciąż zrywał mu z głowy niski strop. Po dłuższym marszu i oddaniu kilku zapadających w pamięć salw z galerii strzeleckiej ponownie wyszli na słońce, by podziwiać skąpaną w jego promieniach osobliwą konstrukcję, przypominającą zdolną do poruszania się bez szyn opancerzoną parową drezynę z długolufowym działem. Wszyscy byli zgodni – wojny wygrywa się dzięki męstwu, wyszkoleniu i dyscyplinie, nie zaś nowomodnym wynalazkom, których zastosowanie na dłuższą metę nie może przynieść niczego dobrego.
Wreszcie i dla najbardziej wytrwałych nadeszła pora pożegnań. Późnym przedpołu-dniem z fortu wyruszyły dwa ostatnie wozy. Jeden z nich pomknął na wschód, drugi zboczył ku północy.

I oto siedzę przy stoliku w wielce skądinąd sympatycznym zajeździe nad Zalewem Otmuchowskim, w towarzystwie Petera i Gregoriusa. Szare mundury zastąpiły dżinsy i t-shirty, wierne enfieldy czekają w pokrowcach, wokół nas XXI wiek. Świat wokół nas stał się bardziej rzeczywisty i pospolity. Ale z naszych rozmów wynika jedno – już niedługo wykorzy-stamy kolejną okazję, by przenieść się o 150 lat wstecz i na zachodnią półkulę. Nikomu, kto bodaj raz tego spróbował, nie trzeba wyjaśniać dlaczego…