Polish (Poland)English (United Kingdom)
Start Relacje z imprez 2012 Zelezne, 10 Rocnik bitevni ukazky a doboweho taboreni 8-10.06.2012 r.

Zelezne, 10 Rocnik bitevni ukazky a doboweho taboreni 8-10.06.2012 r.

autor: Brat Szary

Relacja z imprezy okiem rekruta 14th LA Volunteers

cz1Dzień pierwszy

No to jedziemy. 6.00 rano. W dyliżansie Boba, klimatycznie, czuć XIX w. On sam skupiony, skoncentrowany, w  nowej, niebieskiej koszuli  od Freda (nikt takiej nie ma), na szyi bandana, spodnie od munduru, brogany. Najpierw po Janka „Sasa” do Łodzi. Prujemy aż miło świeżutko otwartą (bo jeszcze nie oddaną) autostradą. Szok, jedzie się świetnie, trudno uwierzyć, że to u nas, Bob jednak twierdzi, że zaraz po jakimś euro (?) ją zamkną, bo nie zdążyli z górną warstwą nawierzchni. Cóż, Bob to budowniczy, wie, co mówi. Sas przechwycony i do Czech! Z 14-tego z Luizjany będziemy tylko my. W radio same bzdury, jakieś euro, czy coś, jakiś pierwszy mecz z Grecją? Ktoś najwyraźniej oszalał. Przed nami bitwa! Cieszy obecność Janka, bo to rzadki gość, ostatnio widziany w lutym w Bobolicach. Uznaje tylko poważne imprezy, poważne bitwy, forsowne przemarsze a nie jakieś tam wystawki, „strata czasu”. Sas jest posiadaczem jedynej w oddziale „skałki” Brown Bess.

 

Po małych perypetiach docieramy na miejsce. Na sporej łące ze znacznym spadkiem (to jakaś zadziwiająca prawidłowość naszych południowych braci, w Bzincach to samo) pojawiły się już namioty Czechów i Słowaków. Jest upalnie, wilgotno i duszno. Patelnia. Sceptyczny Sas wróży burzę i ma rację. Rozbijamy nowy namiot Boba, pomieścimy się.

Z naszych są już „pedlarzy” Saguaro Mike i Fred.  Miny mają nietęgie. Przyjechali wczoraj, rozłożyli kram z różnościami, pod daszkiem. Smażą się drugi dzień a handel nie idzie... Specjalnością, między innymi, Przedsiębiorczego Freda jest rozterka – do której strony tym razem dołączyć…?  Przedsiębiorczy Mike to sympatyk Południa. Obdarowany puszką fasoli w pomidorach Fred postanawia wspomóc Konfederację (tym razem). Przybywają „nasi” Jankesi, „muszkieterowie z Bielawy”: Blue Savage, Old Savage, Yankes62. Brakuje Reba Walda Pacyfisty, to zdecydowanie  smutna wiadomość. Wald nadaje swoistego kolorytu niebieskim a jego „romantyczna i wrażliwa” natura to ożywczy kontrapunkt  jankeskiej perfekcyjności i miłości do technicznych szczegółów (oni wszystko wiedzą!, zwłaszcza Blue!, a Adaś Yankes nie lepszy).  Jankesi , jak zwykle, „na bogato”: kociołki, trójnogi, krzesełka, stoliki, stągiewki, dzbanki, dmuchane materace?…nie, to niemożliwe, to drgania rozpalonego powietrza, bo zaraz zniknęły i pojawiły się szare posłania... Będzie co rabować po bitwie… Póki co, niebieski sierżant organizuje musztrę. Dołączamy z radością, bo Blue, choć Jankes,  zna „komendę” i można się sporo nauczyć. Spływamy potem, ale dobrze jest, idzie coraz lepiej. Ładowanie na tempa zwłaszcza było nowością. Reszta (szarzy Czesi i Słowacy) patrzy cokolwiek zdumiona. Po musztrze i korzystnych zakupach u Grubego, ledwo z Sasem skończyliśmy kręcić ładunki, zaczęło padać, bardzo padać, a w końcu lać. I tak całą dobę.

W objazdowym interesie Mike’a i Freda zaczął się ruch. Początkowo niewielki, ale chłopaki znacznie się ożywili. Pojawiło się zapotrzebowanie na poncha, a jak się ruszyło, to i na resztę towaru. Napływ klienteli spowodował niebywałą ewolucję cenową, he,he i stopniowo, zgnuśniali Przedsiębiorcy zamienili się w energiczne rekiny biznesu z kalkulatorami w głowach, z koron na złote, z euro (to o to chodziło?) na korony i ze złotych na euro. Nie wszyscy zatem narzekali na deszcz…

Wieczór udało się spędzić w miarę sucho dzięki przewidującym jankeskim Czechom i ich obszernemu daszkowi a kociołek Adama nie miał sobie równych. Niebieski sierżant Blue dokonywał cudów translacyjnych w dyskusjach z Czechami. Porozumiewał się sobie tylko wiadomym czesko-niemiecko-polskim pidżinem (z elementami jidysz, chyba) i ku naszemu zdumieniu zdawał się porozumiewać, w kwestiach obyczajowych, historii, militariów a nawet opowiadał dowcipy! Nienerwowo krążyły dobre trunki, jak zawsze, to niezapomniane chwile. Adam (autor niniejszej relacji miał zaszczyt poznać wreszcie osobiście autora zabawnych ale też merytorycznych postów na forum) okazał się przemiłym kompanem, duszą towarzystwa, niezrównanym gawędziarzem i na spółkę z Blue i Oldem narobili zamieszania w głowie niżej podpisanemu właścicielowi Springfielda wzór 1842, co do obsługi i konserwacji.

Dobrze po północy. Walący o namiotowe płótno deszcz usypiał. Jutro bitwa.

cz2

Dzień drugi

Leje. Dzień zaczął się sennie dla Konfederatów, za to całkiem aktywnie dla naszych Przedsiębiorczych rodaków. Interes szedł w najlepsze i popyt na poncha nie malał. Aktywni byli też Jankesi. Było ich więcej ok. 50-60 (nas ok. 40) i sierżant Flegma wziął bractwo do galopu. Ćwiczyli w linii, kolumnie, robili rzeczy, których na oczy nie widzieliśmy. Patrzyliśmy na nich z zazdrością, bo nasi dowódcy nie mogli się zorganizować i nikt się nie kwapił do musztry. Fakt, że padało, ale niebieskim to nie przeszkadzało. Chodziliśmy trochę sfrustrowani całą sytuacją, w końcu najpierw Bob, potem Sas i ja dołączyliśmy do ćwiczeń z Jankesami. Trzeba powiedzieć, że zaimponował Flegma znajomością komend i swobodą manewrowania. Jankesi byli zdyscyplinowani i zmotywowani. A nasi, szkoda gadać. Nominalnie dowodził Plątonogi Pułkownik, postać dziwna. Próbował być zasadniczy, robił groźne miny, głos jakoś tak dziwnie modulował, ale faktycznie ciężar kierowania ruchem spoczywał na Keczupie, zdecydowanie najbarwniejszym ptaku wśród szarych Czechów. No, koloryt ten Keczup ma, trzeba mu przyznać. W pasiastych portkach Tygrysów z Luizjany, z długimi piórami i wąsiskami, rubaszny brat-łata miał większy posłuch niż cała reszta konfederackich dowódców. Z „komendą” był trochę „na bakier”, ale nadrabiał humorem i entuzjazmem, dawał się lubić.

U Czechów dużo świeżego  rekruta, nic prawie nie umieją. Mało podoficerów i doświadczonych żołnierzy. Keczup się złościł, karabinem rzucał. Słowacy trzymali się osobno. U nich trochę lepiej było z wyszkoleniem, choć mundury i broń mieli z różnych bajek, takie trochę „co się komu podoba”. Podstawowe chwyty bronią, próby sformowania linii czy  kolumny  wypadły dość żałośnie. Nawet z odliczaniem były problemy. Tylko po sobie patrzyliśmy z Bobem i Sasem, klnąc pod nosem. Nie wyglądało to dobrze.

Obawy okazały się uzasadnione juz podczas pierwszej bitwy w miasteczku. Mieliśmy zaatakować i  wyprzeć niebieskich. Nie było żadnego planu, tak to wyglądało od środka. Chaos, brak spójnego dowodzenia, przekrzykujący się, wydający sprzeczne komendy dowódcy. To może i dobrze, mogło tak być podczas wojny. Mogliśmy doświadczyć zniechęcenia niekompetentnym dowodzeniem, jak Jankesi do 1863 r. pod Hookerem,  McDowellem, McClellanem czy Popem, a i u Południowców nieraz się zdarzało. Ale, przepraszam bardzo, jeśli jest komenda „aim high” i dowódca nakazuje ‘forward march”, to już lekka przesada, nie mówiąc o „fire” gdy przed nami nasi. Za to Jankesi karni, wycofali się wprawdzie, ale w szyku, bez paniki. Właściwie cieszył się tylko Sas, że mu skałka w deszczu iskrzyła. Pukaliśmy tak trochę bez sensu z pół godziny i ganialiśmy się po uliczkach, poczym pozbierawszy „trupy i rannych”, trochę zdegustowani, poszliśmy zwiedzać wystawę fotografii reko w Zeleznym w miejscowym Domu Kultury (fajną zresztą)

Po przerwie wymarsz. Idziemy z pół godziny w błocie, przestało padać. Pojawia się szara kawaleria w postaci dwóch jeźdźców, małego i dużego na małym i dużym koniku. To zwiadowcy i łącznicy. Kolumna rozdziela się. Bitwa blisko. Jakoś tym razem żwawiej się toczy sytuacja, może dlatego, że Plątonogi gdzieś się zapodział i to Keczup szykuje nas do walki. Jest jakaś taktyka, ktoś ma plan i wie co robić. Ożywił się, motywuje oddział, podnosi morale. Podchodzimy, rozwijamy się w linię na zdradliwej łące przy drodze. „Load”. Pokazują się niebiescy harcownicy, prowokują strzałami, wycofują się. Bitwa już toczy się na polanie przesłoniętej drzewami do której prowadzi  polna droga. Słychać naszą artylerię i regularne salwy piechoty. My tam dopiero dochodzimy jako posiłki. U wylotu polany widać powracającą jankeską kolumnę, mają nas zatrzymać.  Atakujemy po salwie z Rebell Yell na ustach. Biegnący obok długi Sas nagle znika. Wpadł do dość głębokiego dołu z pokrzywami, nie ma czasu go wyciągać, bo Janki blisko. Zwieramy się. Starcie jest krótkie ale gwałtowne, dobrze się biją, ale my też. Pada jednak komenda do wycofania. Powstrzymali nas.

Przegrupowujemy się. Keczup wymachując wielkim rzeźnickim nożem (gumowym) zbiera ochotników do walki „na noże, bagnety, zęby i pazury” (przynajmniej tak to brzmi), do oddziału specjalnego przeznaczenia. Po salwie mamy rzucić się do ataku i przełamać obronę. Oczywiście z Bobem i poparzonym pokrzywami Sasem, który samo-dzielnie wylazł z dołka, zgłaszamy się jako pierwsi! Część naszych z Mikiem i Fredem odchodzi, by zajść wroga z flanki, reszta czeka aż dokonamy wyłomu. „Fire”. Wyjąc i wrzeszcząc idziemy do zwarcia z nożami, bagnetami i czym, kto ma w rękach. Jankesi nie odpuszczają, ale furia ataku „robi swoje” i po „trupach” ze śmiechem docieramy na polanę. Adrenalina aż buzuje. Tam Keczup formuje dwuszereg i stajemy na prawej flance. W środku Czesi, na lewej Słowacy. Natarcie utknęło, Jankesi bronią się twardo. ”Polegli” i „ranni” szarzy i niebiescy zaścielają polanę. Dym przesłania widok, strony ostrzeliwują się zażarcie. Ruszamy do ataku.  Z lewej naciera kawaleria, działo oddaje salwę za salwą. Kilka razy odpierają nas, ale wracamy. Keczup jest świetny, dobrze dowodzi w boju. Plątonogi na szczęście ustawił się z tyłu za działem, tj. bateriami artylerii, więc nie przeszkadza nikomu. Coś tam pokrzykuje, ale nikt go nie słucha. W końcowym ataku Blue poległ, ale, jak potem twierdził, nie zauważył. Koniec. Wygraliśmy. Jankesi oddali pole. Po bitwie armie oddają sobie honory i zmęczeni wracamy. To dopiero była bitwa! Z nawiązką zrekompensowała deszcz, błoto, wcześniejszą niechęć i frustrację pierwszego starcia. Dobrze jest. Warto było tłuc się 9 godzin w jedną stronę, zdecydowanie warto.

Popołudnie po bitwie to lokalna czeska impreza. „Spiwają country and Folka”, dziewczyny tańczą kankana, Keczup i spółka adorują damskie trio w dzikiej konwencji saloonowej, no, dzieje się, oj, dzieje. Czesi umieją się bawić w swoich małych społecznościach. Nasi dostali bzika na punkcie pewnych czeskich wyrobów. Pożyczali, kupowali, targowali się, cieszyli jak dzieciaki. Mieliśmy dostać talony na napoje, ale kwatermistrzostwo coś zachachmęciło i nie było. To też cholera historyczne, śmiejemy się. Znowu zaczęło padać, ale nikomu to nie przeszkadza, i tak od wczoraj chodzimy w mokrych łachach.

Z wydarzeń wieczorno-nocnych wart odnotowania jest powrót z wojny i adoracji sierżanta Keczupa. Otóż lekko zmęczony trudami kampanii Keczup nie trafił w wejście do obozu i nastraszył nas (Blue, Boba i mnie) przedzierając się przez chaszcze. Bob już go miał odstrzelić ze ślepaka, biorąc za dziką świnię, Blue przygotował pogrzebacz, kiedy nagle z chaszczy wyłoniła się uśmiechnięta  facjata, umordowanego Keczupa w pasiastych portkach, który z pewnym trudem skupiwszy wzrok na naszym niebieskim sierżancie, zapytał smutnym głosem: „Blue, procz ty mne ne kochasz ?” Warto było widzieć minę naszego wygadanego zwykle sierżanta. Dobrze na przyszłość wiedzieć, co go zbija z pantałyku. Otóż, w bitwie, twarzą w twarz z Blue, wykończą go miłosne wyznania, to pewne! Dusząc się ze śmiechu, dyskretnie nie drążyliśmy delikatnego tematu z przeszłości i odprowadziwszy w strugach deszczu łkającego Keczupa, poszliśmy spać. Blue, ty okrutniku, co mu zrobiłeś?

cz3

Dzień trzeci

Właściwie bez historii. Litościwie przestało padać, więc dało się zwinąć graty. Bractwo zaczęło się powoli rozjeżdżać do domów, ale Flegmie, muszkieterom z Bielawy i ze 20 Jankesom chciało się jeszcze poćwiczyć musztrę. Pozwolili naszej trójce dołączyć. No, szacun, szkoda słów. Jeszcze ostatnie wyprzedaże i korzystne zakupy na odchodne (zwłaszcza Bob skorzystał), pożegnania, emergency dla Freda (sprzedał nawet swój karabin!) i Mike’a i paru ślizgającym się na błocie pojazdom, ostatnie fotki. Wracamy z poczuciem sensownie i aktywnie przeżytych dni. Z dystansem do problemów codzienności, kibolskiego chamstwa, głupoty i robienia wody z mózgu w TV, skarlałej polityki i tego jakiegoś „euro 2012”. Na miesiąc może wystarczy. Byle dotrwać Strefy Militarnej w Gostyniu. Do następnego razu!