Polish (Poland)English (United Kingdom)
Start Relacje z imprez 2009 Cedar Mountain - Bristoe Station 1862 - Ziemia Kłodzka 28-30.08.2009

Cedar Mountain - Bristoe Station 1862 - Ziemia Kłodzka 28-30.08.2009

cmbc_tbW dniach 28-30 sierpnia odbył się przemarsz 'Cedar Mountain - Bristoe Station'. Piątkowa trasa wiodła od Kłodzka na południe wzdłuż doliny Nysy Kłodzkiej, następnie wzdłuż grzbietu tworzącego granicę Doliny Wielisławki w kierunku Gór Bystrzyckich. Nocleg odbył się 1,5km na północ od wsi Starków. W tym dniu pokonaliśmy odległość 10km.

W sobotę 29. sierpnia weszliśmy na grzbiet Gór Bystrzyckich i udaliśmy się w kierunku wsi Lasówka. Przebyty dystans tego dnia wyniósł 20km.

W niedzielę 30. sierpnia mieliśmy zaplanowany przemarsz w kierunku Bystrzycy Kłodzkiej, niestety z przyczyn logistycznych musieliśmy z tego etapu zrezygnować, poprzestając na kilometrowym przejściu do punktu docelowego, skąd zostaliśmy przetransportowani do Kłodzka.

Projekt miał za zadanie przetestowanie sprzętu i swoich możliwości w warunkach zbliżonych do tych, jakie panowały podczas szybkich wypadów piechoty konfederackiej. Udało się pokonać ok. 30km w ciągu 24 godzin, oraz biwakować z piątku na sobotę oraz z soboty na niedzielę. Ponieważ nasz marsz 'odtwarzał' jeden z błyskawicznych manewrów 'pieszej kawalerii' gen. Stonewalla Jacksona, nie korzystaliśmy
z taborów i cały sprzęt
nieśliśmy ze sobą.

W piątek po zapadnięciu zmroku zostaliśmy zaskoczeni przez deszcz, który padał przez około godzinę. Noc była ciepła i bez opadów, zdecydowaliśmy się na biwak bez rozbijania namiotów. Warty wystawione były przez całą noc.

W sobotę wstaliśmy o godzinie 6.00, wymarsz o godz. 7.00. Od godziny 8.00 do ok. 10.30 padał silny deszcz. Po około godzinie marszu w deszczu zdecydowaliśmy się przeczekać w lesie. Dołączyliśmy do naszych dwóch kolegów odtwarzających osadników amerykańskich, których z racji konserwatywnych ubiorów i uzbrojenia nazwaliśmy Amiszami. Odbyliśmy z nimi dalszą część wędrówki aż do łąk przy wsi Lasówka.

W Lasówce pożegnaliśmy się z osadnikami i przystąpiliśmy do organizacji obozowiska. Pogoda zapowiadała się bez opadów, więc i tym razem postanowiliśmy biwakować pod gołym niebem, przy ognisku. Noc okazała się chłodna i wilgotna, podniosła się mgła a temperatura powietrza spadła od ok. 5st.C. Na szczęście
zgromadziliśmy wystarczającą ilość opału, a wartownicy przez całą noc dbali o podtrzymywanie ognia.

W niedzielę pobudka o godz. 6.00, po śniadaniu i zwinięciu obozu udaliśmy się na 'meeting point'.

Przemarsz miał za zadanie wypróbowanie w praktyce kilku kwestii:

1. Jak się sprawuje umundurowanie, obuwie, bielizna, generalnie historyczny, wojskowy ubiór z czasów Wojny Secesyjnej, na dłuższych dystansach i w różnych warunkach atmosferycznych.

2. Jak się sprawuje wyposażenie i uzbrojenie, jak wygląda ergonomia tegoż; co jest niezbędnie potrzebne do biwakowania we względnym komforcie a bez czego można się obejść.

3. Jak wygląda sprawa żywności, czy da się i jak długo można pociągnąć na typowym żołnierskim pożywieniu; oraz ile pożywienia trzeba ze sobą zabrać żeby być sprawnym i wydolnym a bez potrzeby się nie przeciążać. Łatwo się mówi - 'weźcie żywności na trzy dni drogi', ale ile tego tak naprawdę potrzeba? :)

Ad.1
prz_tb03Tu akurat było wiadomo czego się spodziewać. Sukno wełniane to idealny materiał na mundur, oczywiście w odpowiednim przedziale temperatur :) Moja kurtka po prawie dwóch godzinach w deszczu była mokra z zewnątrz, ale nie od środka. Wyschła później na mnie w ciągu kilku godzin, w czasie marszu. Również spodnie uszyte z jean-cloth (76% wełna, 24% bawełna) sprawowały się bardzo dobrze, szybko wyschły zarówno po deszczu jak i po niezamierzonej kąpieli w bajorku.

Co do koszul, to te zrobione 'regulaminowo' z bawełny czy lnu bardzo szybko nasiąkają potem, co może prowadzić do pewnego dyskomfortu (chociaż nikt nie obiecywał, że na wojnie będzie łatwo ;) ). Mają jednak tę zaletę, że bardzo szybko wysychają na słońcu czy przy ognisku. Ale jeśli posiada się jedną koszulę na sobie a drugą na zmianę, to zawsze można zapewnić sobie komfort przebywania we względnej suchości. Zamierzam uszyć sobie koszulę z cienkiej wełny, zobaczymy jak się będzie sprawować.

Jeśli chodzi o bieliznę 'dolną' to już wcześniej przekonałem się o zaletach historycznych, XIX-wiecznych kalesonów, również ten przemarsz pokazał że świetnie się sprawują, są wygodnie, przewiewne i nie powodują obtarć w strategicznych miejscach.

Skarpety historyczne, były testowane w dwóch wersjach - pończochy z cienkiego sukna wełnianego, sięgające nieco powyżej kolan, oraz robione na drutach skarpety typu 'góralskiego'. Obydwa warianty sprawdziły się bardzo dobrze zapewniając wygodę i brak obtarć. Jednak skarpety z grubej wełny zajmują mniej miejsca w plecaku, łatwiej je wysuszyć przy ognisku i łatwiej je założyć (nie trzeba się bawić z podwiązkami), więc pod tym względem są lepsze od sukiennych pończoch.

Buty okazały się rewelacyjne. Bardzo wygodne, dopasowujące się do stopy, nie wystąpiły u nas żadne obtarcia, pęcherze ani żadne inne marszowe nieprzyjemności. Zobaczymy tylko jak będzie z ich trwałością, bo są wykonane z dość cienkiej skóry. W każdym razie jak na razie nie ma z nimi problemu i działają świetnie.

uwaga Greywolfa Buty-na deszczu i w ogóle mokre mają miękką podeszwę i nie należy żałować ćwieków do ich podbicia (podeszwa jest wtedy w miarę prosta). Mokra staje się miękka i rzadko wbite ćwieki (u mnie ok 32 na buta z czego ok 10 półkoliście w obcas) stwarzają wrażenie kamieni w bucie. Mało przyjemne.

Ad.2
Można dużo powiedzieć o plecaku 'double bag', ale na pewno nie to że jest wygodny. Rekompensuje to całkiem niezłą ładownością. Do plecaka wrzuciłem: połówkę namiotu, poncho przeciwdeszczowe, kamizelkę, koszulę na zmianę, zapasowe skarpety (potem wylądowały tu na ich miejsce zużyte pończochy), filcową 'karimatę', zestaw do czyszczenia broni (składany wycior i trzy szczotki), składaną latarenkę, trzy świece, zapałki, rękawiczki, paczkę sucharów, 250g mąki, małą butelkę whiskey, cebulę i trzy kolby kukurydzy. Załadowany plecak ważył ok. 9-10kg.

Do tego w chlebaku miałem drugą paczkę sucharów, suszone mięso, fajkę, kapciuch z tytoniem, portfel, buteleczkę z solą, korkociąg, sznurek, łyżkę. Całość wyposażenia dopełniła ładownica z czterdziestoma pociskami, manierka (ok. 1,5l) z kubkiem, karabin oraz pas na którym zawieszony był bagnet, nóż i pojemnik na kapiszony.
Ponieważ mój kubek ma pojemność dwóch pint (ok. 1l), zrezygnowałem z zabrania patelni i talerza, decydując się na użycie kubka jako substytutu zarówno garnka jak i miski, kufla i kieliszka ;) Jak się okazało mogłem zabrać nieco mniej jedzenia. Mogłem też spokojnie zrezygnować z bagnetu, bo ten długi dziabąg tylko się majtał i zahaczał o inne części ekwipunku, przejawiając przy tym zadziwiającą skłonność do rdzewienia, natomiast nie przedstawiał żadnej wartości użytkowej (mógł służyć najwyżej za rożen czy świecznik) czy bojowej (Jankesowi lepiej posłać kulkę a z bliskiej odległości poczęstować kolbą).

Bardzo przydatne okazało się poncho przeciwdeszczowe. Stanowiło zarówno całkiem niezłą ochronę podczas marszu w deszczu jak i było niezastąpione przy przygotowaniu posłania. Przy mokrej od deszczu lub rosy trawie stanowiło bardzo dobrą izolację od wilgotnego podłoża.

Filcowa 'karimata' położona na poncho bardzo dobrze izolowała od chłodu ziemi, co było szczególnie istotne podczas drugiej nocy, kiedy temperatura spadła do ok. 5 st.C.

Tym razem ani na piątkowym, ani na sobotnim biwaku nie rozbijaliśmy namiotów, preferując nocleg pod gołym niebem. Połówki namiotów 'dog tents' (o wymiarach ok. 170x160cm) służyły w tym przypadku jako dodatkowe oprócz koca przykrycie, przydając się szczególnie w niedzielę nad ranem.

Generalnie zestaw nóż + zapałki (w wersji deluxe uzupełniony małym toporkiem/siekierką którego tym razem nie mieliśmy) wystarczył do przygotowania odpowiedniej przestrzeni życiowej w pobliżu lasu, a zestaw poncho, 'karimata', koc i płachta namiotowa pozwolił się wyspać w pobliżu ogniska przy temperaturze zbliżającej się do zera.

Zarówno w piątek wieczorem jak i w sobotę mieliśmy przyjemność maszerować w deszczu, więc oczywiście nasze karabiny zaczęły pokrywać się pięknym, rudym nalotem. Broń jednak pozostała sprawna, pomimo mgły i dużej wilgotności w nocy z soboty na niedzielę, zarówno ładunki prochowe w ładownicy jak i kapiszony ciągle były suche i nadawały się do użytku. Doprowadzenie broni do porządku zajęło mi w niedzielę równe cztery godziny. Myślę, że zastosowanie dobrych zatyczek do luf, chroniących wnętrze lufy, jak i zastosowanie tłuszczu, np. niesolonego smalcu na lufę z zewnątrz i mechanizmy zamka, powinno znacznie ograniczyć zapędy 'rudej'.

uwaga Sasa Wniosek, że sprzęt się sprawdził i było ok, uzupełnił bym o zdanie 'w tych warunkach'. Ciekaw jestem jak wyglądałoby to np. w upale.

Ad.3
Podstawą wyżywienia były suchary i suszone mięso. W sobotę zostaliśmy poczęstowani przez naszych kolegów-osadników chlebem z masłem orzechowym, a wieczorem piekliśmy na ognisku kukurydzę, każdemu trafiła się kromka chleba z serem w formie ogniskowej grzanki, odrobina fasoli i kawałek konserwy. Nie było to zbyt wyrafinowane pożywienie, ale wszyscy się najedli i byli zadowoleni :) Suchary i mięso jako podstawa, a kukurydza jako uzupełnienie sprawdziły się bardzo dobrze. Miałem nieco obawy czy uda się upiec kukurydzę na ognisku, na szczęście okazało się to wykonalne, a samo danie było bardzo smaczne.

Suszone mięso przygotowałem z trzech kotletów schabowych, wyszedł z tego woreczek mięsnych wiórów. Po przemarszu zostało mi z tego ok. 1/4. Sucharów upiekłem dwie paczki po 200g, do tego miałem jeszcze trochę sucharów luzem, do domu wróciła jedna paczka. Kukurydzę zjadłem jedną, na cebulę nie było chętnych. W niedzielę oprócz sucharowo-mięsnego śniadania zjadłem dopiero kolację w domu, tak więc na 'marszowej' diecie byłem ok. 48 godzin, w dobrym zdrowiu i pełnej sprawności fizycznej. Do przeżycia dwóch dni wystarczyło nieco ponad dwa kotlety wysuszone na wiór, ok. 300g sucharów, jedna kukurydza, kromka chleba z masłem orzechowym, łyżka fasoli, kawałek konserwy mięsnej, kromka chleba z serem :) Przez tak krótki okres czasu pewnie dałbym radę funkcjonować w ogóle bez jedzenia, więc trudno w tym przypadku orzec jak długo bym jeszcze mógł maszerować na takiej diecie. Niemniej jednak eksperyment pokazał, że nie trzeba targać ze sobą dużych ilości jedzenia. W moim przypadku trzy suszone schabowe (lub ich wołowy odpowiednik), 1/2kg sucharów, dwie kukurydze i odrobina czegoś słodkiego w zupełności wystarczą do przeżycia weekendu na szlaku, nie mówiąc już o imprezie stacjonarnej.

Zapraszamy do naszej GALERII