Polish (Poland)English (United Kingdom)
Start Relacje z imprez 2015 Appomattox Court House, 1865

Appomattox Court House, 1865

apomclt01m

Środowy poranek 8 kwietnia 2015 r. zastał mnie w skromnej hali odlotów rozbudowywanego właśnie lotniska w podkrakowskich Balicach.

Mimo wczesnej pory było tłoczno – wielu rodaków wracało właśnie do rozsianych po świecie miejsc pracy po spędzeniu z rodzinami zakończonych niedawno Świąt Wielkanocnych.

Mój cel był jednak inny – choć z zaciskanych w dłoni kart pokładowych wynikało, że wyruszam w daleką drogę do wirginijskiego Lynchburga trasą prowadzącą przez Monachium i Charlotte w Północnej Karolinie, w rzeczywistości zaczynałem kolejną podróż w czasie, a moim celem był kwiecień roku 1865.

 

Śladem kolegów, którzy wyruszyli przez ocean kilka dni wcześniej, zmierzałem w stronę Appomattox – miejscowości położonej sto mil na zachód od stołecznego Richmond, małego miasteczka dotkniętego dłonią Historii. Nasza wizyta była symbolicznym ukoronowaniem udziału w poprzednich imprezach rekonstrukcyjnych, mających uczcić 150. rocznicę amerykańskiej Wojny Między Stanami. Udawaliśmy się do miejsca uznawanego powszechnie, choć nie do końca zgodnie z prawdą historyczną, za miejsce, w którym zmagania te dobiegły końca. To tam przed 150 laty skapitulowała nie największa, lecz z pewnością najsławniejsza z armii walczących o niepodległość Skonfederowanych Stanów Ameryki – Armia Północnej Wirginii.

 

Lot przebiegł pomyślnie, a jego jedynym godnym zapamiętania epizodem był moment przekroczenia amerykańskiej granicy w Charlotte. Gdy – nieco już zmęczony dłuższym niż zazwyczaj lotem – podszedłem do urzędnika imigracyjnego, wyraźnie znudzonego mężczyzny po pięćdziesiątce, po zdawkowej wymianie uprzejmości odpowiedziałem na standardowe pytania: jaki jest mój zawód, ile wwożę gotówki, wreszcie na ostatnie z serii – o cel wizyty. W trakcie słuchania mojej odpowiedzi obojętność znikała z twarzy mężczyzny, który wyprostował się i z wyraźnym przejęciem stwierdził: „Sir, jako Amerykanin i Południowiec jestem dumny, mogąc jako pierwszy powitać pana na naszej ziemi!”.

Radosnego nastroju nie zdołało mi popsuć nawet odwołanie mojego lotu do Lynchburga. Szczęście nie opuściło mnie całkowicie – po około trzech godzinach oczekiwania znalazłem się na pokładzie ostatniego tego dnia samolotu lecącego tą trasą. Nieco niepokoju budziła jedynie informacja uczynnej pracownicy American Airlines, która pomogła mi w zmianie rezerwacji – przyczyną odwołania poprzedniego połączenia byłą potężna burza, która szalała właśnie nad Lynchburgiem. Po wylądowaniu przekonałem się, że choć deszcz już ustał, liczne i wielkie kałuże świadczą o skali zjawiska. Pozostała jedynie nadzieja, że w odległym o 15 mil Appomattox sytuacja wygląda nieco lepiej.

Po nocy spędzonej w hotelu udałem się do miejscowego biura informacji turystycznej. Napotkane tam dwie starsze damy, rozpływając się w zachwytach nad determinacją dziwaka przybyłego „z samej Europy”, by wziąć udział w rekonstrukcji, którą żyło kilka okolicznych hrabstw, zasypały mnie wręcz ulotkami i przydatnymi (w większości) informacjami na temat imprezy oraz skierowały na nieodległy przystanek, na którym zatrzymywały się odjeżdżające co kwadrans autobusy do Appomattox. Skorzystałem z okazji i ostatni etap podróży odbyłem w niemal pustym pojeździe, konwersując po niemiecku z kierowcą – z pochodzenia Niemką, która przybyła do Stanów w wieku pięciu lat. Choć sama często wtrącała do rozmowy angielskie zwroty, była zachwycona pogawędką, gdyż, jak stwierdziła: „My, Europejczycy, tak rzadko mamy tu okazję, by porozmawiać we własnym gronie…”.

Gdy w jakiś czas później dotarłem do obozu, przekonałem się, że Matka Natura nie była poprzedniego dnia łaskawa również dla Appomattox. Wezbrany w trakcie ulewy strumyk zerwał mostek prowadzący na parking dla rekonstruktorów, w wyniku czego już do końca imprezy samochody stały na obrzeżach samego obozu, psując nieco klimat i wydatnie zmniejszając szansę na zrobienie klimatycznych zdjęć.

apomclt02

Jednak nastrój poprawił się natychmiast po odnalezieniu goszczącej nas tym razem kompanii D 51 Pułku Piechoty z Wirginii. W jej szeregach napotkałem znanego nam jeszcze spod Gettysburga Skipa Fletchera, kapitana kompanii K 7 Pułku z Florydy, tym razem występującego jako prosty szeregowiec gdyż, jak często powtarzał, „szeregowcy mają całą frajdę”. Spotkałem też znajomych znad Chickamaugi, Kena i Bartholomew, którzy i tym razem łączyli mistrzowskie władanie patelnią i kociołkiem ze znakomitym posługiwaniem się karabinem. Także nowi znajomi, a wśród nich świetnie grający na bandżo dowódca oraz Travis, niezwykle serdeczny pięćdziesięciolatek, który pojawił się w obozie wraz z dziewiętnastoletnim synem Isaakiem i dwiema córkami, sprawiali bardzo sympatyczne wrażenie.

Po kilku godzinach do obozu dotarł Smednir, zaś następnego, piątkowego poranka dołączył do nas Brat Szary. Godziny szybko mijały na pogawędkach, wizytach u sutlerów i doraźnych interwencjach polegających na wypychaniu z głębokiego błota samochodów próbujących wydostać się z obozu jedyną, grząską drogą. Po kilku godzinach organizatorzy ściągnęli na miejsce małe ciągniki, które przejęły na siebie to zadanie, my zaś rozpoczęliśmy przygotowania do popołudniowej potyczki pod Appomattox Station.

Dla nas była to okazja do zastosowania po raz pierwszy w praktyce zasad musztry opisanych w podręczniku Gilhama, którym nasi gospodarze zastępują bardziej popularnego Hardee’go. Mimo stosunkowo krótkich przedpołudniowych ćwiczeń poradziliśmy sobie nieźle, unikając licznych pułapek, takich jak dwie różne postawy ready oraz dwa odmienne sposoby ładowania broni w pozycji stojącej. Z uwagi na specyfikę imprezy sporo czasu poświęciliśmy na ćwiczenia w układaniu broni w kozły, ale okazja do pochwalenia się tymi umiejętnościami miała nadejść dopiero za dwa dni.

Wreszcie padły rozkazy do zbiórki i bataliony konfederackiej piechoty zgromadziły się w dwuszeregu wzdłuż błotnistej drogi. Marsz na pole walki nie trwał długo – teren starcia leżał pół mili od obozu. Na miejscu rozciągnięto nas w tyralierę i ustawiono naprzeciw położonego w dolinie budynku stacji, wyposażonego nawet w wykonany z dykty model parowozu. Przy samej stacji formowały się wyjątkowo nieliczne oddziały federalnej piechoty i spieszonej kawalerii. Padły pierwsze strzały. Konfederacka tyraliera, wsparta w centrum przez zwarte szyki drugiego batalionu, to się zbliżała, to odsuwała od budynku stacji. Po chwili Jankesi otrzymali posiłki i poczęli powoli spychać nas na szczyt wzgórza. Obie strony robiły, co mogły, by odtworzyć historyczny przebieg starcia, wyglądało to jednak niezbyt wiarygodnie z racji bodaj czterokrotnej przewagi liczebnej Południowców. Kolejnego dnia proporcje sił miały się nieco wyrównać, jednak w piątkowy wieczór trudno było niekiedy ukryć zażenowanie.

apomclt03

W końcu trąbki obwieściły koniec nierównego starcia i wyruszyliśmy w drogę powrotną do obozu. Tam spotkaliśmy starych znajomych – majora von Borcke (tym razem wyjątkowo występującego jako generał major Fitzhugh Lee) oraz dużą grupę szwedzkich artylerzystów w osobliwych, granatowych wdziankach. Pytani o przyczynę zaskakującej metamorfozy zdradzili nam, że konfederacka bateria, którą mieli wspierać, padła ofiarą przymusowej „galwanizacji”, gdy okazało się, że na każdych piętnaście zgłoszonych na imprezę dział Armii Północnej Wirginii przypadają dwa federalne. Wkrótce zorientowaliśmy się, że to samo zjawisko dotyczyło piechoty – ponad połowa obecnych w obozie Jankesów to przebrani rekonstruktorzy z Wirginii i Północnej Karoliny.

Wieczorne obozowe pogaduszki nie trwały zbyt długo, gdyż następnego dnia miał się odbyć poranny tactical – pobudkę zapowiedziano na 6.30. Ku zdziwieniu wielu z nas trąbki odezwały się dwie godziny wcześniej. Bractwo wygramoliło się z namiotów, pokrzepiając się poranną kawą i spoglądając na ciemne niebo, które dopiero po pewnym czasie poróżowiało na wschodzie.

Plany nie uległy zmianie – na pole potyczki wyruszyliśmy ponad dwie godziny później, gdy świat dookoła nieco już pojaśniał. Po dotarciu na miejsce uformowaliśmy się w linię bojową u stóp oryginalnego konfederackiego szańca sprzed 150 lat, po czym z rozwiniętymi sztandarami wdrapaliśmy się na jego szczyt.

Naszym oczom ukazał się piękny i groźny zarazem widok linii bojowej naszych przeciwników stojących w promieniach wschodzącego słońca w wysłużonych, szarych kurtkach, pod sztandarami z usianym gwiazdami, konfederackim krzyżem św. Andrzeja. I oni, i my, zamarliśmy w bezruchu, zadając sobie pytanie – którzy z nas to Jankesi?

Nasi adwersarze – stojący naprzeciw nas i zaprzyjaźniony jeszcze od czasów Gettysburga i Chickamaugi pułk z Georgii – jako pierwsi próbowali wejść w tę rolę, skandując głośno: „Kim jesteśmy?” „Dzielną Armią Potomaku!” „Co robimy?” „Kradniemy kury!”. Szybko jednak okazało się, że to nam przypadła rola najeźdźców. Ruszyliśmy do szturmu, wydając z gardeł donośny „Yankee yell”, a w walce zagrzewaliśmy się absurdalnie brzmiącymi okrzykami w rodzaju „We fight for the Union, our cause it is glorious!”. Po chwili dołączyła do nas zaskakująco szczupła garstka rekonstruktorów w federalnych mundurach. Wspólnie przez kwadrans wymienialiśmy salwy z naszymi przeciwnikami, wyraźnie bez przekonania po żadnej ze stron. Rozkaz powrotu do obozu wszyscy przyjęli z ulgą.

Na miejscu oczekiwał nas początek sobotniego zamieszania. Już wcześniej wśród namiotów krążyły pogłoski, że zaplanowaną na 15.00 główną bitwę organizatorzy zdecydowali się przełożyć na 11.00. Tym razem dowiedzieliśmy się o kolejnej zmianie. Bitwa odbędzie się jednak o 15.00, zaś aby zaspokoić oczekiwania poinformowanych o zmianie widzów, cztery godziny wcześniej zorganizujemy dress parade. Zapewnienia uspokoiły nas – w końcu dowództwo wie, co robi. O zapowiedzianej porze zgromadziliśmy się zatem na uroczysty apel, trwający około pół godziny. Po jego zakończeniu padł rozkaz, by biegiem wracać do obozu po chlebaki i manierki oraz uzupełnić amunicję w ładownicach – za kilka minut ruszamy do boju!

apomclt04

Jak okazało się po drodze, rozkaz odwołujący zmiany nie dotarł do Jankesów, którzy od dłuższej chwili oczekiwali nas na pozycjach, wraz z licznym gronem widzów, którzy również nie otrzymali informacji o zmianie zmienionych uprzednio planów. Aby nie pozwolić czekać jednym i drugim, pospiesznym marszem dotarliśmy na miejsce, po czym na godzinę zatrzymaliśmy się na pozycjach wyjściowych, przyglądając się pojedynkowi artylerii i opowiadając żołnierskie dowcipy. Monotonię przerwał przejazd witanego owacją generała Lee, pod którego adresem kompanijni pesymiści kierowali niezrozumiałe dla większości z nas okrzyki „Don’t do it, Sir!”. Po upływie wspomnianej godziny ruszyliśmy przed siebie, rzadko spotykanym manewrem przechodząc przez luki w szyku stojącej przed nami brygady, minęliśmy – może po raz ostatni – pozycje pozdrawiających nas okrzykami artylerzystów, by po chwili stanąć oko w oko z wrogiem.

apomclt05

Nikt nie żałował prochu – po chwili lufa parzyła palce nawet przez ochronny skórzany fartuch. Za naszymi plecami rozlegały się komendy oficerów nakazujących szybciej ładować i częściej strzelać. Po komendzie Fire at will! nawet kompanijny wesołek nie spytał, który to Will; wiadomo – ten ubrany na niebiesko… Trzykrotnie słyszeliśmy rozkaz odwrotu, widząc nacierających – tym razem liczniejszych – Jankesów, i trzykrotnie, zachowując właściwą sobie godność, zrywaliśmy kontakt z nieprzyjacielem. Wreszcie – gdy przestrzeni za naszymi plecami zaczynało brakować – ponownie zagrały trąbki i zabrzmiał rozkaz Uncover!.

Wczesnym popołudniem wracaliśmy do obozu w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, marząc o zdjęciu przepoconych koszul i obmyciu umorusanych prochem twarzy. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że mamy godzinę dla siebie. Jak się okazało, do części widzów dotarła wiadomość o drugiej zmianie zmienionych uprzednio planów, lecz nie o trzeciej – właśnie przybywali oni do obozu, by obejrzeć zapowiedzianą na 15.00 główną bitwę. Chwilę przerwy wykorzystałem na pospieszne odwiedziny u sutlerów i zakup kolejnej porcji kapiszonów; Skip stanął na wysokości zadania, dostarczając nam zapasowe naboje. Warto docenić ten gest – w piątek i sobotę każdy z naszej trójki wystrzelał po dwieście ładunków.

apomclt06

Gdy około 15.00 ponownie wyruszaliśmy do boju, każdy z nas był przekonany, że świetnie wie, czego się spodziewać. Przed nami kolejne starcie, które przyjdzie nam przegrać z godnością. Tymczasem scenariusz spłatał wszystkim nieoczekiwanego figla – po dłuższej wymianie ognia i kilku śmiałych manewrach nasza brygada wyszła na flankę, a po chwili – na tyły Jankesów. Krótko potem starcie dobiegło końca, a my w drodze powrotnej do obozu analizowaliśmy nurtujące wszystkich pytanie: Czy wobec takiego rozwoju wypadków następnego dnia to Grant skapituluje przed Lee?

Sygnałem powrotu do normalności był kolejny tego dnia rozkaz wymarszu – o 18.00 zebraliśmy się ponownie wzdłuż wciąż błotnistej drogi, wyposażeni jedynie w chlebaki, kubki, talerze i sztućce, i ruszyliśmy do jankeskiego obozu po odbiór wynegocjowanych przez głównodowodzącego racji żywnościowych. Przy akompaniamencie federalnej orkiestry, z trudem udając zakłopotanie, odebraliśmy nasze suchary „z wkładką”, by po chwili usłyszeć, że po kolejne racje mogą się zgłaszać żołnierze obu armii. Był to sygnał do rozpoczęcia pikniku, w trakcie którego mieliśmy okazję zbratać się z Jankesami i przekonać się, że większość z nich istotnie, gdy po zakończeniu imprezy wyruszy do domów, zmierzać będzie na Południe.

Spotkanie dość szybko dobiegło końca. Zależało nam na wygospodarowaniu trzech wieczornych godzin na udział w zabawie tanecznej, do której przygrywała jedyna w swoim rodzaju kapela – znany nam już z Gettysburga bodaj najpopularniejszy zespół grający utwory z czasów Wojny Między Stanami, 2nd South Carolina String Band. Czas szybko płynął w takt skocznej muzyki, której towarzyszyły coraz to bardziej karkołomne układy choreograficzne. Wreszcie tańce dobiegły końca, a zespół pożegnał się z widzami w ten sam co zawsze sposób – wykonując dwie pieśni bliskie duszy każdego Południowca – „Southern Soldier” i „Dixie”. Dziwnym przeżyciem było wyłowienie z tłoczącego się na parkiecie tłumu, ryczącego na tysiąc gardeł „We’ll drive the mercenary horde beyond our Southern border” licznych sylwetek w granatowych mundurach. Świadczyło to lepiej niż cokolwiek innego o skali towarzyszącej imprezie „galwanizacji”.

Choć pogawędki przy ognisku ciągnęły się długo w noc, niedzielny poranek przyszedł dla nas wszystkich zbyt szybko. Podświadomie unikaliśmy myśli o chwili, która miała stanowić klamrę spinającą czteroletnie obchody 150. rocznicy wojny. Wreszcie jednak owa chwila nadeszła. Po raz ostatni zgromadziliśmy się na błotnistej drodze i sformowaliśmy kolumnę, która ruszyła w stronę tego, co nieuniknione.

apomclt07

Na wyznaczonym miejscu czekali już na nas Jankesi. Stanęliśmy naprzeciwko nich, wbijając wzrok w zielony stok wzgórza nad ich głowami. Przed front batalionu wystąpił major, mnąc w rękach pojedynczą kartkę papieru. Popłynęły słowa Rozkazu Ogólnego nr 9:

„Po czterech latach żmudnej służby, naznaczonej niezrównanym męstwem i hartem ducha, Armia Północnej Wirginii zmuszona została ulec w obliczu przeważających sił i zasobów…”

Choć pewnie wszyscy moglibyśmy wyrecytować te słowa z pamięci, słuchaliśmy ich niczym wyroku, uciekając oczyma od twarzy czytającego rozkaz oficera.

„Z nieustającym podziwem dla Waszej stałości i oddania dla Kraju, i zachowując we wdzięcznej pamięci Wasze łaskawe i życzliwe uczucia dla mnie, kieruję ku Wam płynące z głębi serca pożegnanie. Robert E. Lee, Generał”

Ostatnie słowa rozkazu jeszcze wisiały w powietrzu, gdy padła komenda Stack arms!. Wyuczonymi ruchami, bez udziału świadomości, ustawiliśmy broń w kozły. Po chwili, na kolejny rozkaz, zawisły na nich nasze pasy i ładownice. Staliśmy w szeregu, zaciskając w pięści dziwnie puste dłonie.

I wtedy za naszymi plecami rozległa się pieśń. Pojedynczy, męski głos śpiewał porywająco piękną i równie smutną balladę o długiej drodze do domu. O drodze znaczonej własną krwią, usianej grobami przyjaciół. O drodze, u której kresu przychodzi pozostawić najcenniejsze – Ideę wartą stokroć więcej niż życie.

Słowa pieśni przebrzmiały i zapadła cisza, przerywana jedynie nieskrępowanym szlochem zgromadzonych za naszymi plecami widzów. Staliśmy w długich szeregach, czując wśród nas obecność mężczyzn sprzed 150 lat, tak jak my milczących, ze ściśniętym gardłem wsłuchanych w ciszę.

Jak długo to trwało? Bodaj kwadrans, choć nikt z nas nie umiałby wówczas odpowiedzieć na to pytanie. Gdy przed frontem oddziału stanął nasz pułkownik, spojrzał na nas jak na innych ludzi, którymi właśnie się staliśmy. Cichym głosem rzekł: „Nie płaczcie, panowie. Pamiętajcie, że wszyscy jesteście dżentelmenami z Południa. Nie zrobiliście nic, czego należałoby się wstydzić”.

Padła komenda. Ponownie sformowaliśmy kolumnę marszową i równym krokiem ruszyliśmy przed siebie, w XXI wiek.

apomclt08

Po powrocie do obozu zdjąłem mundur i rozpadające się buty, pamiętające Gettysburg i Chickamaugę. Wraz ze Smednirem, jego małżonką i parą poznanych przed dwoma laty sympatycznych mieszkańców przedmieść Waszyngtonu, Jimem i Geri, ruszyliśmy w stronę Fredericksburga, by następny dzień poświęcić na zwiedzanie pól słynnych bitew, które pomiędzy grudniem 1862 a majem 1864 r. rozegrały się na terenach hrabstwa Spotsylvania.

apomclt09

Następnego dnia, już w pojedynkę, udałem się do Richmond, gdzie zwiedziłem budynek parlamentu, obejrzałem jedynie z zewnątrz zajmowaną obecnie przez sąd apelacyjny siedzibę konfederackiej Rady Ministrów, a przede wszystkim spędziłem kilka niezapomnianych godzin w Muzeum i Białym Domu Konfederacji oraz spacerowałem uliczkami stołecznej starówki. Późnym wieczorem powróciłem do Lynchburga, skąd następnego dnia odleciałem do Polski.

apomclt10

Co przywiozłem ze sobą? Oprócz paru upchniętych w walizce książek i pamiątek – całe mnóstwo wspomnień, ale i nowe spojrzenie na Wojnę Między Stanami. Dotąd kojarzyła mi się ona z dźwiękami patriotycznych pieśni, zgiełkiem wykrzykiwanych komend, hukiem dział i palbą karabinów. Teraz, gdy tylko cofnę się myślami o półtora stulecia, w moich uszach rozbrzmiewa głośniejsza od salw i bardziej przejmująca niż jęki rannych, podniosła i przerażająca cisza spod Appomattox.