Polish (Poland)English (United Kingdom)
Start Relacje z imprez 2014 "Hoover’s Gap", Szwecja, 4-7.09.2014

"Hoover’s Gap", Szwecja, 4-7.09.2014

szwe01

autor: Dawid

Do naszego sztabu dotarła informacja, że pięćdziesiąty pierwszy pułk z Wirginii przygotowuje się do bitwy pod Hoover’s Gap.

W przeszłości mężni Wirgińczycy wsparli nasz oddział swoimi posiłkami już dwukrotnie, dlatego należało spłacić dług wdzięczności i tym razem to na ich terenach posyłać ołów w kierunku Jankesów.

Czasami w armii butów zabraknie, lecz tym razem mieliśmy poważniejszy problem. Było nas za mało, aby prezydent Davis mógł nam zapewnić transport, dlatego byliśmy skazani na cywilny statek. Jeszcze przed wejściem na pokład należało rozwiązać kwestię broni. Byliśmy dla obsługi promu pierwszym takim przypadkiem. Konfederacka studolarówka przekonała ochronę, żeby nie obawiać się pasażerów uzbrojonych w bagnety.

Podróż przebiegła bardzo przyjemnie. Oddzielna kajuta, piękne widoki, spokojne morze, a gdyby tak poprosić dowództwo o przeniesienie do marynarki?

Na wybrzeżu powitał nas Henryk, który jeszcze miesiąc temu stał po mojej lewej w szeregu w bitwie pod Glendale. Jego dyliżansem marki volvo ruszyliśmy 50 km po pięknych, czystych terenach z równą drogą.

Na miejscu byliśmy wielce zaskoczeni przygotowaniem obozu. Była tam pracownia kowala, koza do podgrzewania wody, kantyna, zagrody dla koni.

szwe02

Photo by: Brat Szary

szwe03

Photo by: Bo O. Herbst

Zostaliśmy poinformowani, że jeszcze nie wszyscy zjechali na działania, a już liczba namiotów robiła wrażenie (chyba obydwie strony próbowały się zastraszyć poprzez ilość wzniesionych A-tentów), lecz nie mieliśmy problemów, by w czasie pobytu odszukać swój namiot. Jako jedyni używaliśmy psiej budy.

szwe04

Photo by: Konrad Persson

Doszły nas słuchy, że Niebiescy planują atak następnego dnia o poranku, dlatego całe popołudnie zajęło nam zwijanie pocisków oraz musztra.

Wczesna pobudka – już o 6.00 mieliśmy zająć swoje stanowiska. Zostaliśmy wyznaczeni do osłony artylerii. Trochę żal było słuchać, jak żuawi walczą w oddali, a my tylko czekamy, ale i na nas przyszła pora.

szwe05

Photo by: Brat Szary

Wychodzące zza lasu oddziały nieprzyjaciela zostały ostrzelane z artylerii (jak one pięknie grzmią), a gdy podeszły bliżej, dodatkowo poczęstowaliśmy je ogniem karabinów.

szwe06

Photo by: Brat Szary

 Atak odparty. Pytanie, czy to koniec? Ależ nie! Wróg próbuje tym razem zaatakować nas od strony lasu. Dowództwo stwierdza, że nie będziemy bezczynnie czekać. Pada rozkaz: ruszyć im na przywitanie. Po krótkiej wymianie strzałów wróg zaczął pierzchać, lecz to był tylko fortel, aby wyskoczyć na nas z zaskoczenia z bagnetami. Straty były spore, ale to Szarzy „wrócili z tarczą” do obozu.

Podczas potyczki zauważyłem kolejną różnicę pomiędzy naszymi oddziałami. Po zajęciu stanowisk piechota wyjęła z chlebaków swoje racje żywnościowe i, nie zważając na trwające w polu potyczki, rozpoczęła konsumpcję. Ależ oni mają nerwy ze stali. W tym czasie moją głowę zaprzątało wyłącznie pytanie, ile natarć przeciwnika będzie trzeba przetrwać.

Dowództwo zaplanowało na 13.00 odpowiedź na poranny atak. Do tej godziny mieliśmy czas wolny, który wykorzystaliśmy na obchód okolicy. Tereny działań mają przepiękne. Wszędzie pełno drzew, woda czyściutka, spokój, cisza. Po zajęciu Waszyngtonu można by tutaj osiąść na stałe.

Zgodnie z planem w południe oddziały rozpoczęły przygotowania do, być może, ostatniej swojej bitwy. Ściągnęło to ludność z okolicznych miejscowości. Całe rodziny przyszły oglądać tę bratobójczą walkę, stosy poległych i wiele, wiele rozlanej krwi.

Jako pierwsi zaatakowali Quandrille.

szwe07

Photo by: Bo O. Herbst

 Czekając w cieniu lasu, mieliśmy wspaniały widok na to, jak pogonili Jankesów z ich wysuniętego punktu. Gdy pozostający przy życiu żołnierze federalni dotarli do swojego głównego punktu, od razu rozpoczął się ostrzał artyleryjski na naszych walecznych partyzantów. Washington Artillery wcale nie czekało, aby pokazać, że oni również wiedzą, do czego służą armaty. W tym czasie na prawym skrzydle potykali się kawalerzyści (ach, oraz te przepiękne kawalerzystki!).

szwe08

Photo by: Helena Ost

Gdy linie obrony jankeskiej były już dobrze ostrzelane, dostaliśmy rozkaz ataku. Jeszcze kilka salw z karabinów i SZARŻA!

szwe09

http://www.villaviken.se

Niestety, tylu dzielnych chłopców już nie wróci do swoich domów. Siły federalne okazały się wystarczające na bardzo skuteczne odparcie naszego ataku.

To były główne działania, a że obozy nadal stacjonowały niedaleko siebie, to siłą rzeczy dochodziło do mniejszych starć. We wszystkich bardzo ochoczo braliśmy udział (zgodnie z komentarzem jednego Quandrilla: Polish soldier never give up). Skirmich w lesie był dla nas trudnym sprawdzianem. Walczyliśmy na podłożu, które składało się prawie wyłącznie z wielkich głazów. Takich terenów nie uświadczysz w Luizjanie.

Ostatnie starcie zapamiętam do końca życia. Jankesi byli już bardzo zmęczeni wojowaniem z nami. aprawdę Nie mogli dalej ustać na nogach. Wykonywanie manewrów też sobie odpuścili (rozkaz right face nie został wykonany).

Ostatni wieczór umilił nam koncert. Trzech elegantów zrobiło naprawdę ładny występ z przerwą na wstępy artystyczne w wykonaniu żołnierzy. Zapraszam do posłuchania, jak muzycy prezentowali się na naszych ziemiach.

Po dwóch dniach ciężkich bojów należało wrócić na macierzysty teren. Cywilne władze statku były ślepe na to, że mają zaszczyt gościć weteranów. Jako miejsce na czas podróży został nam wyznaczony kawałek pokładu. Te 10 godzin było do przeżycia, southern soldier przetrwał gorsze warunki.

szwe10

Photo by: Brat Szary

Wizytę na północy oceniam jako bardzo udaną. Widać było, że gospodarze cieszą się z naszej obecności i zapraszają nas na kolejne potyczki. Wyrażali również nadzieję, że następna wizyta odbędzie się z większą ilością szarych oraz, że przywieziemy naszych Ukochanych Wrogów.

szwe11

Photo by: Brat Szary