Polish (Poland)English (United Kingdom)
Start Relacje z imprez 2014 Giżyn 2014 - Glendale 1862 - relacja

Giżyn 2014 - Glendale 1862 - relacja

gizglen01Giżyn. Niewielka miejscowość w gminie Nowogródek Pomorski, powiat Pyrzyce. Niełatwo ją znaleźć – niespełna 40 kilometrów na północny wschód, w powiecie pyrzyckim leży inny, nieco większy Giżyn. Ale odwiedzając te strony w lipcowy weekend 2014 r., mimo złośliwości okazywanej niekiedy przez GPS, nie można się było pomylić. Nad „naszym” Giżynem powiewała flaga Konfederacji.

W czwartek, 24 lipca, dotarłem na miejsce powożonym przez Gregoriusa furgonem, wspólnie z kilkoma towarzyszami podróży. Na miejscu czekała już przybyła niedawno grupa kwatermistrzowska ze składu 58 Pułku Nowojorskiego – nasi wieloletni, serdeczni (nie)przyjaciele, których krew przelewaliśmy w tak wielu rekonstrukcjach, równie często zresztą ginąc z ich rąk. Po krótkim powitaniu przyszedł czas na rozstawianie namiotów, pierwsze spotkania z gospodarzami, uzupełnianie zapasów i wody, a wreszcie wspólne warty. Noc minęła spokojnie, a wraz z jej nastaniem poprawiła się też nienajlepsza początkowo pogoda – ustał deszcz, a zza chmur wyjrzały pierwsze gwiazdy.

Kolejny dzień, piątek, przywitał nas wymarzoną dla rekonstruktora aurą – było sucho, ale dość pochmurnie, z umiarkowaną jak na lipiec temperaturą. Około południa poczęli docierać do nas kolejni goście – do obecnych już wcześniej szwedzkich sutlerów dołączyli Czesi, Słowacy, a przede wszystkim spore grono Polaków. Gdy wieczorem dojechali ostatni z oczekiwanych uczestników, okazało się, że jest nas na miejscu około siedemdziesięciu – o jedną trzecią więcej niż przed rokiem. Tym samym Giżyn wywalczył należną sobie pozycję na mapie środkowoeuropejskich imprez rekonstrukcyjnych. Może za rok dobijemy do setki?

gizglen02

Wśród gości na szczególną wzmiankę zasłużyli dwaj. Pierwszym był adiutant europejskiego obozu stowarzyszenia Sons of Confederate Veterans, mieszkający w Berlinie Teksańczyk – Chris McLarren. Na co dzień nie angażuje się on w rekonstrukcję, jednak Giżyn odwiedza w mundurze kapitana Armii Stanów Skonfederowanych. Towarzyszył mu kolejny gość, którego kołnierz zdobił nie potrójny galon kapitana, lecz gwiazdka majora – R. J. Cicero odtwarzający postać, której losy zgromadziły nas w Giżynie – Johanna Augusta Heinricha Herosa von Borcke, szefa sztabu J.E.B.-a Stuarta. Ten członek elitarnej grupy rekonstruktorów, Lee’s Lieutenants, mieszkający na co dzień w Wirginii, już po raz drugi przemierzył ocean, by spędzić wspólnie z nami ten szczególny weekend.

Przeminęło popołudnie, poświęcone intensywnej powtórce musztry, i wreszcie nadszedł piątkowy wieczór, a wraz z nim pierwsza okazja, by zużyć nieco prochu. Jak przed rokiem, postanowiliśmy przeprowadzić potyczkę wśród zabudowań Giżyna, na oczach stęsknionej tego widoku ludności. Dość skomplikowany plan starcia dawał szansę zaprezentowania się z dobrej strony, jednak mnie towarzyszyła szczególna trema – po raz pierwszy miałem w trakcie starcia używać nie broni, lecz gardła, stojąc za linią kolegów. „Cóż – pomyślałem – nadarza się okazja, by zapracować na dodatkowych jedenaście dolarów miesięcznego żołdu. Wielu moich nieszczęsnych podwładnych pewnie nie doczeka nocy, lecz jeśli Sprawa tego wymaga, jest to poświęcenie, na które jestem gotów”.

Pokrzepiony tą myślą wyruszyłem wraz z plutonem w pole. Jego mieszany skład (dołączył do nas pewien szwedzki Wirgińczyk) sprawił, że – zamiast jak zwykle w luizjańskim gronie po francusku – zmuszony byłem porozumiewać się z kolegami w języku Szekspira, a właściwie w jego najpiękniejszej odmianie, pochodzącej z południowych stanów.

Starcie rozpoczęło się od wymiany ognia pomiędzy nacierającymi Jankesami a wycofującym się konfederackim pododdziałem złożonym z Czechów i Słowaków, któremu towarzyszył nasz podoficer łącznikowy w osobie Brata Szarego.

gizglen03

Dzięki przewadze liczebnej unionistom udało się zepchnąć obrońców z pozycji, jednak cofali się oni w uporządkowanym szyku, nie przestając się ostrzeliwać. Po pierwszym sukcesie napastnicy zmienili front, nacierając na nasz pluton, topniejący w oczach pod ogniem przeważającego trzykrotnie nieprzyjaciela. Wówczas jednak, jak nakazuje dramaturgia dobrego westernu, z odsieczą nadciągnęła (spieszona) kawaleria. Nie było jej wiele, lecz wraz z zepchniętym uprzednio do głębokiej obrony plutonem, który zdążył się przegrupować, przypuściła zdecydowany atak na tyły napastników, którzy zmuszeni byli wycofać się w boczną uliczkę. Wówczas jednak drogę odwrotu odciął im nasz pododdział. W konsekwencji, po krótkiej rozmowie dowodzących każdą ze stron oficerów, zaprzestano dalszych wrogich działań i po zwyczajowej wymianie honorów szarzy i niebiescy zgodnie powrócili do obozu.

gizglen05

Na długich rozmowach w liczniejszym niż poprzednio gronie minęła kolejna noc, zaś sobotni poranek powitał nas bezchmurnym niebem i rosnącą temperaturą. Po zakończeniu zwyczajowych porannych przygotowań w obozie rozległy się wezwania na zbiórkę, tym razem w formie dress parade. Zaczynała się oficjalna część uroczystości pod mauzoleum Herosa von Borcke. W obecności zgromadzonych pododdziałów, reprezentujących obie strony konfliktu, pod mauzoleum, w którym spoczywa zasłużony dla Stanów Skonfederowanych „wielki Prusak z wielkim pałaszem”, złożono wieniec i kwiaty, zaś Chris McLarren wygłosił krótkie przemówienie, poświęcone Wojnie Między Stanami widzianej z południowej perspektywy, a także osobie samego Herosa von Borcke. Jego współczesne alter ego, R. J. Cicero, z trudem ukrywał wzruszenie, uczestnicząc w apelu ku czci człowieka, którego upamiętnieniu poświęca od lat każdą wolną chwilę.

gizglen06

Gdy na zakończenie uroczystości zgromadzone pododdziały oddały salwę honorową, wyruszając następnie w drogę powrotną do obozu, ja sam pozostałem, by towarzyszyć obu amerykańskim gościom w sentymentalnej wycieczce po Giżynie śladami jego najsłynniejszego mieszkańca. Nie uczestniczyłem tym samym w zaplanowanej na wczesne popołudnie leśnej potyczce, w której dowodzenie naszą grupą wziął na siebie niezawodny jak zawsze kapral Smednir. Wypada zatem właśnie jemu przekazać głos…

Mimo że dzień zapowiadał się upalnie, wszyscy z niecierpliwością wyczekiwali nadchodzącego starcia w lesie. Ponieważ zaplanowane było na godzinę południową, wojska konfederackie zapobiegliwie pochowały się w gęstym poszyciu leśnym, wypatrując nadchodzących jankeskich kolumn. Zasadzka się powiodła. W kierunku zwartej kolumny maszerujących żołnierzy federalnych wystrzeliły dziesiątki karabinów, eliminując niektórych z nich z dalszej walki. Pomimo próby oskrzydlenia Jankesów przez Konfederatów nie udało się rozbić zwartych kolumn piechoty. W regulaminowym porządku pod osłoną harcowników krok po kroku Jankesi zaczęli wypierać Południowców z lasu. Wszelkie próby przegrupowania i ataku z flanki były przez Jankesów skutecznie odpierane. W końcu Konfederaci zostali wyparci z lasu, a ich zdziesiątkowane, zdemoralizowane oddziały nie potrafiły zewrzeć szyków i po krótkiej wymianie ogniowej zostały rozbite. Większość poległa, a ci, którzy pozostali przy życiu, zostali wzięci do niewoli.

Po powrocie do obozu nadszedł czas na wydawanie posiłku, uzupełnianie zawartości ładownic, a nade wszystko naradę sztabową poświęconą głównej bitwie. Choć liczne w tym roku grono uczestników pozwalało na nieco większą swobodę przy ustalaniu scenariusza, niezbędne okazały się odstępstwa od historycznych realiów. Być może wielu znawców, przyglądających się nam tego popołudnia, miałoby niejakie problemy z rozpoznaniem w naszych manewrach nawiązania do bitwy pod Glendale, ale nie przypuszczam, by którykolwiek z licznie zgromadzonych widzów żałował czasu spędzonego w naszym towarzystwie.

gizglen07

Sam rozpocząłem udział w starciu w realiach XXI w., wygłaszając przez mikrofon krótką pogadankę poświęconą Kampanii Półwyspowej z roku 1862. Potem szybko dołączyłem do walczącej pod wspólnym sztandarem kompanii złożonej z piechurów naszej grupy oraz Lafayette Rifle Cadets (ze wsparciem jednego – acz mężnego – Szweda). Bitwa toczyła się przez dwie godziny. Zabawne – gdyby ktoś mnie o to zapytał pod jej koniec, stwierdziłbym, że od jej rozpoczęcia nie upłynęło więcej niż trzydzieści minut. Tak starcie widział uczestniczący w nim kapral Smednir:

Bitwa rozpoczęła się od pojedynku harcowników. Kiedy na pole bitwy zaczęły wkraczać zwarte pułki jankeskiej piechoty, harcownicy konfederaccy wycofali się do swoich szeregów. 

Z kolei, kiedy do walki wkroczyła konfederacka piechota, jankeskie szyki pod huraganowym ostrzałem atakujących regimentów zaczęły chwiać się niespokojnie. Po 20-minutowej walce Jankesi zaczęli się wycofywać w szyku uporządkowanym, pozostawiając na polu zabitych i rannych. 

Mój plan na bitwę był prosty. Ponieważ do walki wyruszyłem bez butów, zamierzałem nie tylko jakoś ją przetrwać, lecz także wzbogacić się o piękne, skórzane buty któregoś jankeskiego piechura. Na okazję nie musiałem długo czekać. Nie marnując czasu, pierwszego buta zdobyłem na rannym (czeskim) kawalerzyście. Wcześniej napoiłem rannego kolegę, a następnie bez sentymentu przetrząsnąłem mu kieszenie i pozbawiłem obuwia. Niedaleko leżał kolejny ranny Jankes. Nie bacząc na huk wystrzałów, gryzący i kłębiący się wokół mnie dym, podczołgałem się do niego. I podobnie jak wcześniej, po krótkiej szarpaninie ze sznurowadłami, na mojej drugiej nodze znalazł się but unijnego piechura. Moje niesubordynowane, choć jak najbardziej zgodne z realiami epoki, działanie wyzwalało entuzjazm wśród licznie zebranej publiczności. Aby wyjść ich oczekiwaniom naprzeciw, rzuciłem się ku rozentuzjazmowanemu tłumowi i w powstałym zamieszaniu udało mi się zdobyć kolejnego buta. Ponieważ rozbawiona, ale zarazem bardzo krewka publiczność chciała wziąć na mnie rewanż, postanowiłem się przezornie wycofać i wróciłem do szeregu.

gizglen09

Bitwa trwała ponad dwie godziny, miała dramatyczny przebieg i do ostatniej chwili ważyły się jej losy. Była to bitwa manewrowa, opróżniliśmy w jej trakcie całkowicie swoje ładownice i ostatecznie została rozstrzygnięta w walce wręcz pomiędzy nielicznymi niedobitkami, którzy byli w stanie utrzymać się o własnych siłach po niemalże dwugodzinnej potyczce. Mimo że nie udało się zdobyć unijnego sztandaru, nieliczni ocalali Konfederaci triumfowali na polu bitwy.

gizglen08

Ja sam dodam jedynie, że nasi jankescy przeciwnicy niecnie wykorzystywali pojawiające się po stronie konfederackiej problemy tyczące łańcucha dowodzenia. Kompanii na polu bitwy przewodziło bowiem – cóż, różnie w życiu bywa – dwóch sierżantów. Nieuniknione były zatem wymiany zdań w rodzaju: „Czy Szanowny Kolega zechce pokierować salwą kompanii?”, „Będę zaszczycony, ale sądzę, że Łaskawy Kolega winien to zrobić jako pierwszy!”, „Doprawdy, nie śmiałbym…”, „Ależ nalegam!”. Jankesi, zamiast – jak ludzie cywilizowani – poczekać na rozstrzygnięcie owej kwestii i naszą salwę, bezdusznie w tym czasie przeładowywali i strzelali trzykrotnie. Gdy bitwa dobiegała końca i zbliżał się nieuchronnie właściwy moment na wydanie komendy „Uncover!”, końcowy rozkaz ataku do walki wręcz wydał, przekonany o śmierci wszystkich starszych stopniem, jeden z kaprali. Cóż, sam pobiegłem za resztą pododdziału, mrucząc pod nosem: „Zapał przynosi chlubę, lecz to dyscyplina wygrywa wojny!”. Zaś gdy po zakończeniu starcia stałem wśród zaściełających pobojowisko ciał, podszedł do mnie z gratulacjami Chris McLarren, sugerując, że pora zebrać pluton, by pożegnać się z widzami. Bezwiednie przyszła mi do głowy trawestacja słów klasyka: „Kapitanie McLarren, ja nie mam plutonu…”.

Rzeczywistość okazała się mniej dramatyczna. Po wydaniu tradycyjnej komendy „Rise (and shine)!” powróciliśmy, oklaskiwani przez publiczność, do obozu. Nadszedł czas na czyszczenie broni, wyżymanie koszul i gaszenie pragnienia (w tej kolejności). Kolejny wieczór i noc minęły na znanej nam już ogniskowo-wartowniczej rutynie, a następnego poranka nastała pora na zwijanie obozu, pożegnania i drogę powrotną.

Wszyscy jesteśmy zgodni, że operacja „Giżyn 2014” okazała się sukcesem. Z roku na rok przybywa uczestników, szerzej rozchodzą się wieści o nowej imprezie rekonstrukcyjnej, która pojawiła się na mapie nie tylko Polski, lecz także Europy. Pogoda sprzyjała (tak, wiem, w sobotę mogłoby być chłodniej), udało się też uniknąć organizacyjnych wpadek. Ogromne podziękowania należą się w pierwszej kolejności przedstawicielom lokalnej społeczności, od członków Ochotniczej Straży Pożarnej po panie z Koła Gospodyń Wiejskich, bez których wsparcia, entuzjazmu i bigosu pomyślny finał przedsięwzięcia nie byłby możliwy. Wielki wkład w końcowy sukces wnieśli współgospodarze z 58th N.Y.S.V. oraz goście z Czech, Słowacji, Szwecji i Polski. Podoficerom i żołnierzom z 14th LA Inf. Vols. dziękuję raz jeszcze, powtarzając: „Kochani, to był Giżyn na miarę naszych możliwości. I to nie jest nasze ostatnie słowo!”.