Polish (Poland)English (United Kingdom)
Start Relacje z imprez 2014 Podkrakowski Przemarsz - 22-23.08.2014

Podkrakowski Przemarsz - 22-23.08.2014

podkra01

autor: Smednir

22-23 sierpnia szlakiem byłej przedwojennej granicy carskiej Rosji i Cesarstwa Austrio-Węgierskiego przeprowadziliśmy bardzo forsowny marsz, oczywiście w strojach z epoki, w pełnym oporządzeniu i pod bronią. Nie bez powodu została zaplanowana taka, a nie inna trasa. W ramach „kontrolowania” i „uszczelniania” granic Rzeczpospolitej wybraliśmy się w bardzo niecodziennym składzie, albowiem w patrolu uczestniczył podoficer armii carskiej (z okresu Powstania Styczniowego) oraz dwóch żołnierzy armii Konfederackiej z okresu Wojny Secesyjnej.

Marsz zapowiadał się bardzo forsownie, w planach mieliśmy bowiem do przemierzenia blisko 20 km, taszcząc na swoich plecach nie tylko karabin, ale także żywność, koce, poncza i wszystko co jest niezbędne do przetrwania żołnierza w terenie w dzień i w nocy.

Pogoda nie rozpieszczała, a wiedząc dobrze że będzie miała decydujący wpływ na naszą formę, staraliśmy się wyruszyć możliwie jak najwcześniej, aby uniknąć upałów i dać sobie więcej czasu na pokonanie dystansu. Nasza marszruta prowadziła głównie przez wioski rozrzucone na północ od Krakowa, będące zapleczem dla miasta, taką naszą „krakowską Doliną Shenandoah”. Po kilku kilometrach zrobiliśmy pierwszy dłuższy postój na śniadanie.

podkra02

śniadanie sponsorowane przez armię carską

Przemierzaliśmy wioskę za wioską, tracąc wiele sił i wody. Robiliśmy regularne odpoczynki, choć nie na wiele się zdały. Słońce przypiekało, a my zwalnialiśmy tempo. Pomimo trudów marszu, czas mieliśmy dobry i zanosiło się, że uda nam się dotrzeć do zamierzonego celu.

Reakcja ludzi w mijanych wioskach była do przewidzenia. Szok mieszał się z niedowierzeniem i konsternacją. Wielu z wyraźnym przerażeniem na twarzy przyglądało się trzem piechurom dźwigającym toboły i dziarskim krokiem zmierzającym na wschód. Niektórzy naszą obecność dość trafnie nawiązywali do sytuacji na Ukrainie.

Forsowny marsz w ciężkich warunkach dał nam się wszystkim we znaki. Pierwszy odczułem trudy marszu i po pokonaniu ok. 7 km musiałem zdjąć buty. Obtarły mnie do krwi i dalsze katowanie się nimi nie miało większego sensu. Przewiesiłem je sobie przez ramię i maszerowaliśmy dalej. Niestety tempo naszego marszu zmalało.

W międzyczasie rozpadł się but bohaterskiego żołnierza armii carskiej. Na szczęście w porę ściągnięty kwatermistrz armii zapobiegł przerwaniu marszu. Kiedy zeszliśmy w końcu z głównych dróg moje stopy mogły nieco odetchnąć na gliniastej ziemi i błotnistych koleinach. Tempo marszu i atrakcyjność terenu zdecydowanie wzrosło.

podkra03

na bagnach, niedaleko dawnej granicy…

Niestety ucierpiała na tym nasza orientacja. Z powodu licznych rowów, kanałów i rozłożystych bagien, niektóre odcinki pól trudno było pokonać. Straciliśmy dużo czasu próbując znaleźć pewny trakt, który poprowadziłby nas w obranym kierunku.

 

podkra04

„szare ludziki”

Wczesnym wieczorem, mając już pokonanych blisko 20km, zaczęło nas dopadać zmęczenie i odwodnienie. Każdy z nas poniósł większe lub mniejsze straty podczas przemarszu. Moje „długodystansowe skarpety”, służące mi, bagatela, od początku kampanii secesyjnej były w strzępach.

podkra05

tym razem szydełko nie pomoże…

Koszule przemoczone, kamizelka jak ściera, a wszystkie pochowane w jej zakamarkach konfederackie dolary przemielone. Wieczorem czekała nas jednak zasłużona nagroda. Kwatermistrzostwo zadbało o mocniejsze trunki i kiełbaski. Rozłożyliśmy koce, rozpaliliśmy ognisko i po kilkugodzinnej gawędzie jak to w rekonstrukcji bywa, zapadliśmy w głęboki sen.

 

podkra06

kolacja…

Nie pospaliśmy długo. O godzinie drugiej nad ranem, rozbudził nas delikatny deszczyk. Pomimo tego, w uporze żołnierza frontowego, tkwiliśmy zawinięci w koce mając nadzieję, że zaraz przejdzie. Niestety tuż przed trzecią rozpadało się na dobre, co zmusiło nas do szybkiej ewakuacji.

Mimo, że cały przemarsz trwał niecałą dobę, ostro dał nam się we znaki. Dopiero nad ranem widzieliśmy po sobie i po naszych rzeczach jak ciężka była to „wycieczka”. Najważniejsze że daliśmy radę i udało nam się rozprostować kości po ostatnim, kilkutygodniowym marazmie.

 

Wielkie podziękowania dla Teścia Michała i Izy za pomoc w przeprowadzeniu marszu!

No i moim kamratom za włożony trud, wysokie morale i jak zawsze, bez względu na okoliczności - dobre humory.