Polish (Poland)English (United Kingdom)
Start Relacje z imprez 2013 Bitwa pod Chickamaugą - 19-22 IX 2013, część II

Bitwa pod Chickamaugą - 19-22 IX 2013, część II

chatanogaautor: Clayton

Piątkowy poranek witaliśmy ze sporymi nadziejami – wreszcie poważna bitwa! Morale podniosła poranna wizyta w obozie sutlerów i przedpołudniowy drill i dress parade. Pierwszy sierżant, znany nam spod Gettysburga David, wyznaczył mnie wraz z trzema kolegami do pełnienia służby wartowniczej w obozie. Podbudowany tym dowodem uznania dla mojej znajomości Manual of Arms i wspominając słowa klasyka „Żołnierz powinien iść na służbę jak do ślubu!”, przygotowałem się starannie do owej uroczystej chwili, m.in. czyszcząc starannie buty. Okazało się to złą wróżbą. Po dotarciu na miejsce dowiedzieliśmy się od dowodzącego wartą majora, że tego dnia posterunki obsadza inna brygada, a nasz godny podziwu zapał możemy spożytkować w popołudniowej bitwie.

Popołudnie w końcu nadeszło. W obozie rozległy się trąbki ogłaszające first call, a kilka chwil później kolumienki kompanii spłynęły na plac, gdzie formowała się brygada złożona z pułków z Florydy i Georgii. Wróciły wspomnienia spod Gettysburga – staranne inspection arms, sprawdzanie zawartości ładownic i manierek, krótka przemowa dowodzącego brygadą generała Jessego. Dość tajemniczo zabrzmiały jego słowa, w których – odwołując się do upału istotnie porównywalnego z gettysburskim – zapewnił nas, że czeka nas „miły spacer w cieniu”. Wreszcie zabrzmiało znajome Right face! Forward march! i brygada, z naszą kompanią na czele, opuściła obóz.

 

chatanoga2

 

Przed sobą widzieliśmy wzbijającą kurz kolumnę pułków z Teksasu i Alabamy, jednak nie ruszyliśmy ich śladem, lecz skręciliśmy nieoczekiwanie w lewo. Wkrótce nasz cel okazał się jasny – wracamy na stoki Pigeon Mountain. Tym razem jednak nie zapuszczała się na nie grupa ochotników, a cała brygada, w tym przyzwyczajeni do płaskich terenów mieszkańcy Florydy. Najwyższe wzgórze tego stanu ma ok. 115 metrów; teraz czekał ich marsz na siedmiokrotnie większą wysokość. W trakcie każdego z postojów stwierdzaliśmy, że ktoś wykruszył się z kolumny. Gdy po pięciu godzinach osiągnęliśmy wreszcie pozycje wyjściowe, nasze straty marszowe sięgnęły kilkunastu procent. Trzeba jednak podkreślić, że nasi znajomi spod Gettysburga dotarli do celu w komplecie, choć w rozmaitej formie – ja sam przez większość dystansu oprócz własnego niosłem na ramieniu karabin jednego z kolegów.

Niepokoiły nas dochodzące do naszych uszu od dobrych dwóch godzin odgłosy intensywnej wymiany ognia. Martwiliśmy się, czy zdążymy wziąć w niej udział. Wreszcie stanęliśmy na wąskiej półce pod szczytem, której środkiem biegła ścieżka. Po kilku chwilach odpoczynku sformowaliśmy line of battle i załadowaliśmy broń. Wówczas padł rozkaz ruszenia dwuszeregiem w dół stoku, po zboczu opadającym pod kątem 50°. Zaskoczeni oficerowie pospiesznie wykrzykiwali polecenia, by zdjąć kapiszony z kominków i w razie upadku odrzucić broń. Koncentracja przyniosła jednak efekty – zeszliśmy ze stoku, nie łamiąc szyku; nikt nie upadł.

Po sforsowaniu płynącego u stóp wzniesienia strumyka sens naszej górskiej turystyki okazał się jasny – przed nami piechota z dywizji Hindmana spychała w naszą stronę dwie federalne brygady. Pojawiliśmy się dokładnie na ich tyłach. Byliśmy już rozwinięci, zatem pozostało wziąć na cel plecy odzianych w granatowe kurtki nieszczęśników i otworzyć ogień całą brygadą. Pierwsza salwa spowodowała, że na twarzach ponownie pojawiły się radosne uśmiechy. Druga sprawiła, że stały się szersze. Potem trzecia, czwarta, piąta, szósta... I koniec.

W szeregach obu stron zagrały trąbki, usłyszeliśmy komendę Uncover!. Dotarło do nas, że pierwszy dzień bitwy właśnie dobiegł końca, a przed nami powrót do obozu. Z pełnymi ładownicami.

Tego wieczoru morale nie było najlepsze. Ja sam nie narzekałem – lubię chodzić po górach. Miałem jedynie nadzieję, że w trakcie kolejnych dni zrobię użytek z pozostałych 114 ładunków. W końcu gorzej być nie mogło, prawda?

Mogło. O piątej rano obudził mnie deszcz, intensywnie stukający w płótno namiotu, a po godzinie powitały smętne twarze towarzyszy broni, którzy kwaśno uśmiechali się, słysząc na powitalne Keep your powder dry!. Przyroda starała się dostarczyć nam urozmaicenia – mocny deszcz chwilami przechodził w ulewę, potem znowu w mocny deszcz. Wszechobecny w Georgii czerwony pył pod jego wpływem błyskawicznie przekształcał się w błoto o intensywnie rdzawej barwie. Około południa jego warstwa na otaczających obóz drogach sięgała już powyżej kostek.

Około drugiej po południu deszcz ustał. Niemal natychmiast zarządzono zbiórki kompanii i ponownie wyruszyliśmy na plac boju. Tym razem marsz zajął może pół godziny, a jego trasa wiodła po płaskim terenie. Doradzano nam mocne sznurowanie butów, co nie okazało się radą na wyrost. Po kilku chwilach ślizgania się w błocie oficerowie zmuszeni byli rozbić kolumnę czwórkową na dwie równoległe kolumienki, poruszające się poboczami drogi, a właściwie rzeki błota, w którą przerodziła się droga.

.

chatanoga3

 

Na miejscu okazało się, że pułk spełnia rolę osłony dla dwóch sześciodziałowych baterii, z których jedna rozstawiła się tuż przed naszym frontem, a druga, rozlokowana kilkanaście metrów z tyłu, na szczycie niewysokiego i płaskiego wzniesienia, strzelała ponad naszymi głowami.

 

chatanoga4

 

Godzinne przyglądanie się artylerzystom przy pracy „z pierwszego rzędu krzeseł” było kształcącym przeżyciem, jednak w końcu, jak zawsze, przyszła kolej na piechotę. Sformowaliśmy się i pozdrawiani przez artylerzystów wiwatami i okrzykami Give them hell, boys! ruszyliśmy w stronę wielkiego pola kukurydzy. Major dowodzący baterią zapewniał nas, że po przygotowaniu artyleryjskim nie pozostało dla nas nic do roboty, jednak po przejściu kilkudziesięciu kroków zauważyliśmy wznoszący się nad kukurydzą sztandar w brzydkie, poziome pasy. Wycelowaliśmy mniej więcej w jego kierunku i oddaliśmy salwę. Odpowiedział nam ogień nieprzyjaciela. Przez kolejnych kilkanaście minut przesuwaliśmy się po polu w przód i w tył, ostrzeliwując przeciwnika, jednak żaden z nas nie miał okazji zobaczyć na własne oczy bodaj jednego z chłopaków Rosecransa. Gdy w szeregach pojawiły się złośliwe żarty, zgodnie z którymi musieliśmy się minąć, przyszedł rozkaz przegrupowania na prawe skrzydło korpusu. Tam widoczność nieco się poprawiła, a napór konfederackiej piechoty wzrósł. Przeciwnika udało się wypchnąć z pola kukurydzy i zmusić do odwrotu za Brotherton Road. Starcie dobiegło końca i ruszyliśmy ponownie do obozu błotnistymi drogami Południa.

Wieczorem pojawiła się okazja, by odwiedzić położoną na wzniesieniu Activity Barn („oborę aktywności”?). Niestety, ku nieukrywanemu żalowi licznie przybyłych pań, niewielu z umorusanych piechurów miało ochotę na tańce. Kawalerzyści byli mniej ubłoceni, za to zamiast prochem pachnieli koniem. Wieczór zatem dość szybko przeszedł w noc

Kolejny poranek połączył atrakcje dwóch poprzednich. Było upalnie i błotniście zarazem. Przedpołudnie minęło mi na próbie zlokalizowania w obozie znanego nam z Giżyna majora Herosa von Borcke. Wreszcie udało mi się spotkać go, a jakże, przy sztabie korpusu generała Polka. Ucięliśmy sobie krótką z konieczności pogawędkę, wymieniliśmy upominki i umówiliśmy się na spotkanie w Giżynie za rok. Wiele wskazuje na to, że pojawi się tam w liczniejszym niż poprzednio towarzystwie. Jego opowieści o tegorocznej imprezie sprawiły, że chce mu towarzyszyć większa grupa rekonstruktorów, w tym członkowie Lee’s Lieutenants, na czele z JEB-em Stuartem.

Po powrocie do obozu czekał mnie wymarsz. Ruszyłem zatem, zbrojny w sześćdziesiąt dwa ładunki, aby zatrzymać się u stóp Snodgrass Hill, części łańcucha wzgórz znanego jako Horseshoe Ridge. Na szczycie wzniesienia w kształcie litery L czekały na nas dwie federalne brygady wsparte artylerią, która zajmowała umocnioną pozycję. Trzecia manewrowała pod osłoną pobliskiego lasu, próbując wyjść na nasze prawe skrzydło.

Wkrótce rozpoczęła się nawała konfederackiej artylerii, która uciszyła część federalnych dział. Po kilkudziesięciu minutach wymiany ognia przyszła kolej na nas.

Następne dwie godziny były chyba najwierniejszym rekonstrukcyjnym przeżyciem, jakiego dane mi było dotąd dostąpić. Snodgrass Hill w moich wspomnieniach rywalizuje pod tym względem o palmę pierwszeństwa z walkami o Mały Okrągły Szczyt podczas „pierwszego” Gettysburga. I chyba o włos wygrywa tę rywalizację.

Po naszej prawej do walki o las ruszyły dwa pułki z Arkansas. Po naszej lewej zachodni stok Snodgrass Hill zaatakowała brygada z Teksasu. My ruszyliśmy środkiem – Floryda w pierwszej, a Georgia w drugiej linii. Dwukrotnie docieraliśmy do stóp wzgórza i dwukrotnie gęsty ogień zmuszał nas do odwrotu. Powróciliśmy po raz trzeci, przemierzając zasłane ciałami pole i zalegliśmy może dwadzieścia metrów od federalnych pozycji. Pierwszy szereg, leżąc, odpowiadał ogniem, pojedynczy żołnierze z drugiego szeregu zrywali się czasem na nogi, strzelając nad głowami kolegów. Po jednym z oddanych w ten sposób strzałów usłyszałem That was brave, private! i odwracając głowę, ujrzałem generała Jessego przechadzającego się za naszą linią. Wkrótce pozycję za naszymi plecami zajął pułk z Georgii, a my pod osłoną ognia kolegów podpełzliśmy na stok wzgórza, by na komendę stanąć ponownie w równym szyku, posyłając z najbliższej odległości kilka równiutkich salw w stronę wroga.

I wtedy odezwały się trąbki. Z pozycji federalnych rozległ się sygnał Retreat!, ale granatowe szeregi na wzgórzu ani drgnęły. Za naszymi plecami zabrzmiał głos kapitana: Panowie, mamy niezaprzeczalne i w pełni politycznie poprawne prawo, by zająć to wzgórze!. Odpowiedzią był rozlegający się z szeregów kompanii K przeraźliwy Rebell Yell. Kompania jak jeden mąż wdarła się na szczyt wzniesienia, ku konsternacji obserwujących nas Jankesów. Kilku z nich zaczęło protestować, stwierdzając, że naruszyliśmy scenariusz i powinniśmy wracać na dół, ale ogromna większość z szerokimi uśmiechami zbliżyła się, by uścisnąć nam dłonie. Po krótkiej chwili dołączyła do nas reszta pułku, w tym pułkownik Permane, który z wysokości siodła oświadczył Panowie, to co prawda niezgodne ze scenariuszem, ale poczułem, że muszę być tu z wami!

 

chatanoga5

 

To podniosłe uczucie towarzyszyło nam w powrotnej, wciąż upalnej i błotnistej dro-dze do obozu (tego dnia po raz pierwszy zdarzyło mi się opróżnić do dna manierkę i schowa-ną w chlebaku dodatkową litrową butelkę wody). Nastąpiły nieuchronne pożegnania, zwijanie obozu. Ja sam z trójką kolegów ruszyłem w powrotną drogę do Atlanty, zatrzymując się na nocleg w Kennesaw, a w poniedziałkowe już przedpołudnie zwiedzając miejscowe atrakcje – muzeum bitwy na stokach Kennesaw Mountain, muzeum kolejnictwa (którego dominująca ekspozycja poświęcona była wspomnianemu wcześniej pościgowi za Generałem) oraz kolej-ne, nieduże i mocno egzotyczne „muzeum historii politycznej niepoprawności”. Potem pozo-stały jedynie kolejne pożegnania i powrotna droga przez ocean.
Wracając wspomnieniami do owego pełnego intensywnych wrażeń tygodnia, w dość naturalny sposób koncentruję się na miłych chwilach. Choć wielu uczestników i widzów kry-tykuje na internetowych forach organizacyjne niedoskonałości, mnie staje przed oczyma wi-dok długiej, szarej kolumny maszerującej górską ścieżką, a w uszach brzmi wycie tysięcy szturmujących Snodgrass Hill Konfederatów. I tak właśnie zapamiętam 150. rocznicę bitwy nad Chickamaugą.